Zawodowa epopeja

Zawodowa epopeja

Potrafią trzymać w napięciu. Najpierw człowiek przez dwa miesiące siedzi przed komputerem i wysyła CV. „Dzień dobry, nazywam się, jestem taka i taka, chciałabym pracować, mam doświadczenie i mówię w suahili”. Wysyła się i wysyła, i nic. Można by jeszcze roznosić, ale trochę to skomplikowane mieszkać na Fuerteventurze i roznosić na Gran Canarii. Zatem czasem się na tę Gran Canarię wpadnie i gdzieś zaniesie, no ale szału nie ma.

Przez niemal dwa miesiące cisza, a na znanym portalu z ofertami pracy co rusz przychodzi wiadomość – Twoja kandydatura została odrzucona. Później nagle przychodzi wiadomość od jednego z hoteli, serce skacze do gardła – będzie robota – otwieramy maila i czytamy: „Droga Polko, bardzo fajne masz doświadczenie i świetnie mówisz w suahili, ale nie szukamy nikogo. Będziemy o Tobie pamiętać”. Sympatycznie – myślę sobie – chociaż się pofatygowali, żeby coś odpisać.

– To automat wysyła – sprowadza mnie na ziemię Włoszka.

Dobrze – myślę sobie – zimę przyjdzie więc pewnie spędzić na Fuerteventurze, nie na Gran Canarii, hm, wydmy, piasek, ocean, nie jest to najgorsze miejsce, w którym można by utknąć. Dobrze, skoro nie da się zaplanować nowej pracy, może zaplanuję wakacje.

Aż tu nagle, pewnego wtorku, gdy miałam właśnie wychodzić na basen, dzwoni telefon. Z hotelu takiego a takiego, na Gran Canarii, na rozmowę bym wpadła. Hm – tłumaczę – ja na Fuerteventurze jeszcze jestem, nie mogę dziś przyjść na rozmowę. Ale okazuje się, że praca pilna, od już, od zaraz, od czwartku dokładnie mówiąc. Nie ma problemu, dziś wtorek, jeśli mnie przyjmą, w środę rzucę pracę na Fuerteventurze i popłynę, ale jak ja mam na tę rozmowę dotrzeć.

– Będzie na skypie – słyszę w słuchawce. – O piętnastej trzydzieści.

Dziś wtorek – myślę sobie – jeśli mnie przyjmą, zacznę w czwartek, na innej wyspie. O której mam prom, co mam zapakować, czy już tam szukać mieszkania, dobrze, że u znajomych można przemieszkać, czy ja mówię wystarczająco dobrze po niemiecku, po cholerę mi to szukanie pracy na Gran Canarii, tylko stres. Żeby nie zwariować od własnych myśli, idę jednak na ten basen, poopalać się i popływać, jak to było w planie. Leżę na hamaku, gapię się w chmury i myślę – w takim hotelu to trzeba będzie wyglądać, czas kupić żelazko i koniec hipisowskich gaci. Czy ja mam jakieś eleganckie buty?

Po godzinie nad basenem wracam, a tu inne połączenie nieodebrane. Z innej firmy! Oddzwaniam, zaraz się odezwą. W międzyczasie przychodzi mail z jeszcze innego hotelu, proszą o więcej informacji. Woda kapie z włosów po tym basenie, a tu cała Gran Canaria dzwoni. Hotel numer jeden stwierdza jednak, że to zbyt wielkie szaleństwo by było tak mnie przyjmować od czwartku, więc rozmowy na skypie nie będzie. Druga firma, która dzwoni, przeprowadza rozmowy kwalifikacyjne tylko w czwartek i tylko rano.

– Mogę dotrzeć w poniedziałek – mówię.

– Nie, to za późno – stwierdza głos w słuchawce.

Kanaryjskie firmy zachowują się jak przypadkowo spotkani na dyskotece mężczyźni – chodź tu kobieto, już teraz, zaraz. Co? Tak szybko nie możesz, zastanowić się musisz? No to do widzenia.

To ja wrócę do wysyłania CV.


One thought on “Zawodowa epopeja

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *