Z Wysp Kanaryjskich do Barcelony

Z Wysp Kanaryjskich do Barcelony

Gdyby trzeba było sporządzić bardzo krótką listę najważniejszych miejsc do zobaczenia w życiu, dajmy na to maksymalnie z pięcioma pozycjami, gdyby ograniczał nas bardzo czas albo pieniądze i z całego świata trzeba było wybrać jakiś punkt na mapie, by tam się udać, bezwiednie wskazałabym Barcelonę. Piękna, ogromna, artystyczna, żywa, wibrująca, słoneczna, kulinarna, ogromna, majestatyczna, ale i zarazem figlarna, ukryta w małych, wąskich uliczkach i dumnie pyszniąca się na rozległych placach. Długo by tak można ją opisywać i jeszcze wszystkiego się nie opowie. To trzeba na własne oczy.

Trafiając do Barcelony w Wysp Kanaryjskich, ciągle jesteśmy w tej samej Hiszpanii, ale mamy wrażenie, że to zupełnie inny kraj. Już na lotnisku słychać pierwszą różnicę, komunikaty i informacje z megafonów nadawane są najpierw po katalońsku, a dopiero w drugiej kolejności po hiszpańsku. Podobnie znaki drogowe, napisy, nazwy ulic aż po menu w restauracjach, wszędzie kataloński jest na pierwszym miejscu. Dla polskiego ucha, nienawykłego do wsłuchiwania się w ten język, brzmi on jak skrzyżowanie hiszpańskiego z francuskim, z domieszką portugalskiego. Tu i ówdzie, na budynkach w Barcelonie można zobaczyć powiewające na wietrze lub przypięte do balkonów katalońskie flagi w żółto-czerwone pasy. Miasto wydaje się ogromne komuś, kto przywykł do kanaryjskich pueblos. Do tego jeszcze, gdzie się człowiek nie ruszy, tam dumnie widnieją zdjęcia piłkarzy i stadionu Camp Nou, dekorując pocztówki, koszulki czy bluzy na sklepowych wystawach. I jeszcze jedzenie, jedzenie jest tu inne. W knajpach jako przekąska podawany jest, słabo znany na Kanarach, pan tumaca, czyli chleb ze świeżo zmielonymi pomidorami, do których dodaje się sól i oliwę.

Do zwiedzania Barcelony najlepiej sobie przygotować dużo czasu i mocne nogi, bo, żeby jak najwięcej obejrzeć, dotknąć, poczuć, musi się człowiek bardzo dużo nachodzić. A przy tym chodzeniu mieć i silny, skrętny kark, głowa wciąż obraca się na wszystkie strony, żeby ogarnąć mnogość detali, która się wokół rozpościera. Trzeba zobaczyć stare miasto, Dzielnicę Gotycką z jej plątaniną wąskich uliczek, szerokimi alejami Las Ramblas, muzeum Picasso. Dotrzeć nad brzeg morza, zobaczyć część portową i cumujące tu wielkie, luksusowe jachty, a dalej, idąc wzdłuż wybrzeża, trafić na urokliwą, choć tłoczną, plażę. Zmęczeni chodzeniem, mogą wsiąść do wagoników kolejki linowej, by obejrzeć port z góry. Przepiękne widoki gwarantowane. Na liście obowiązkowej w Barcelonie jest też spacer ulicą Passeig de Gracia z odkrywaniem po drodze budynków Gaudiego. Wizyta w Sagrada Familia. I jeszcze wycieczka do położonego na wzgórzu Parku Güell, gdzie podziwiać można kolejne dzieła Gaudiego i skąd rozpościera się imponująca panorama miasta. Dla fanów piłki nożnej wizyta na słynnym stadionie. A do tego jeszcze restauracje i bary, serwujące te wszystkie pyszności. Gdyby tak można nie spać.

Już niedługo na blogu będzie nowa zakładka o podróżach nie tylko kanaryjskich. I dokładna relacja z Barcelony.


2 thoughts on “Z Wysp Kanaryjskich do Barcelony

  1. Pierwszy raz poleciałam do Barcelony, gdy miałam 17 lat i od razu zakochałam się w tym miejscu. Los tak chciał, że za przyszłego męża wzięłam sobie Hiszpana, którego poznałam… w Azji. Niewątpliwie Hiszpania (a najbardziej Barcelona) jest mi pisana.
    Zgadzam się z Tobą, że to miasto można odkrywać godzinami i nigdy nie jest wystarczająco <3

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *