Wyprawa na koniec świata, czyli na północne wybrzeże

Wyprawa na koniec świata, czyli na północne wybrzeże

Jakoś tak się dzieje na jesień, nie wiem czemu, że człowiekowi przychodzi nagła ochota, żeby rzucić wszystko i jechać na koniec świata. Niekoniecznie musi być to jakiś bardzo odległy koniec świata, może być nawet całkiem blisko, byle gdzieś indziej. „Wsiąść do pociągu byle jakiego, nie dbać o bagaż, nie dbać o bilet, ściskając w ręku kamyk zielony, patrzeć jak wszystko zostaje w tyle” – Maryla Rodowicz dokładnie wyśpiewała ideę takiej podróży.

Z wyprawą pociągiem mam jednak ten kłopot, że mieszkam na wyspach, na których w ogóle nie ma kolei. Jedynie na Teneryfie jeżdżą tramwaje i zawsze, gdy się tam wybieram, przejażdżka pojazdem szynowym z Santa Cruz do La Laguna, wydaje się fascynująca niczym wyprawa na wulkan El Teide. W ostatnich latach, siłą rzeczy, najczęściej podróżowałam samolotem albo na promach. Biorąc jednak pod uwagę, że na moją jesienną podróż na koniec świata miałam zaledwie jedno popołudnie, bo następnego dnia trzeba było iść do roboty, nawet krótki lot samolotem gdzieś tam, był nie do wykonania.

Wsiedliśmy więc w samochód i pojechaliśmy pobłąkać się bez celu na północnym wybrzeżu. Zaczynając od wschodniego krańca, plaży El Confital. Jedząc kanapki, gapiąc się w błyszczący się w słońcu ocean, z psem, który poza miastem, spuszczony ze smyczy wpadł w euforię. Biegał, skakał, kręcił się w kółko.

El Confital to taki prawie koniec świata. Wprawdzie, gdy – stojąc twarzą do oceanu – spojrzymy w lewo, zobaczymy stolicę wyspy, Las Palmas. Jednak wystarczy tylko odwrócić się plecami do miasta i już przed oczami ma się tylko drewniany pomost, który później przemienia się w szutrową drogę, ocean i skały.

El Confital na Gran Canarii

Z północno-wschodnich rubieży wyspy pojechaliśmy w kierunku zachodnim wzdłuż oceanu. Trzeba było tylko przebić się przez zatłoczone Las Palmas i tam już, za miastem, zaczynała się inna rzeczywistość. Północne wybrzeże Gran Canarii jest kompletnie różne od pozostałych części wyspy. Skaliste, ze zdecydowaną przewagą kamienistych plaż, na których często i tak lepiej się nie kąpać, bo prądy morskie są tu silne i niebezpieczne. Rzadko kiedy docierają tu turyści, nie ma tu kurortów, all inclusive. Bywa tu nieco chłodniej niż na południu, częściej widać zachmurzone niebo.

Jest tu bardziej dziko i swojsko. Niewielkie wioski położone są blisko brzegu, wciśnięte między oceanem i górami. Prostokątne, kolorowe domki, z płaskimi dachami, bez żadnych ozdób i szaleństw. Widać, że nie pracował tu żaden architekt krajobrazu, ale i tak mają swój niepowtarzalny urok. Swojski, zwyczajny tutejszy. Krajobraz wyrysowany jest też plantacjami bananów, czasem rosnących na świeżym powietrzu, a czasem przykrytych specjalnymi rolniczymi plandekami.

Z głównej trasy można odbić w prawo i krętymi drogami, między rosnącymi gęsto bananowcami dotrzeć na niewielkie ukryte między skałami plaże. Zazwyczaj są kamieniste, bardzo często są to naturalne skalne baseny, czasem nieco zmodyfikowane ludzką ręką, czasem nie. Znają je tylko miejscowi, którzy wiedzą, w którym momencie zjechać z drogi wzdłuż wybrzeża i w którą z pobocznych dróg wjechać. I te właśnie małe, nieopisane w przewodnikach drogi, prowadzące do miejsc, w których nie udokumentowano żadnych atrakcji, są podczas podróży na koniec świata najfajniejsze. Najlepiej jeszcze, gdy jedzie się nimi pierwszy raz i nie wiadomo, dokąd dokładnie nas zaprowadzą.

Wydostawszy się z plątaniny tych dróżek, z gąszczu bananowców, wracamy na główną trasę i jedziemy do miasteczka Galdar położonego u stóp wulkanu o tej samej nazwie. Tu też można się zgubić na jednokierunkowych uliczkach, między domami okalającymi ostre zbocze góry. Docieramy do Galdar właściwie po nic, ot tak, bo zazwyczaj w codziennych wędrówkach zawsze się je omija. Zobaczyć niewielką, urokliwą starą część miasteczka, z placem i przylegającym do niego pięknym zabytkowym kościołem.

Wulkan Galdar z położonym u jego stóp miastem o tej samej nazwie.

W międzyczasie zapada zmrok, zaczął się wieczór. Kończy się nasza wyprawa na koniec świata. Taki koniec świata tuż za rogiem.

A po drodze można sobie podśpiewywać.


4 thoughts on “Wyprawa na koniec świata, czyli na północne wybrzeże

  1. Tak to właśnie magia Gran Canaria i właśnie dlatego mój jedyny cel chyba masz rację -Raj -odległy zaledwie 4 godziny lotu 😀😀😀😀

    1. A zatem nie taki odległy. Ciągle jeszcze nie mogę się nadziwić, że w ciągu kilku godzin spędzonych w samolocie można się przenieść w miejsce tak kompletnie różne. Co dzień mnie to fascynuje i nigdy nie przestaje. 🙂

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *