Wydaje mi się, że nie rozumiem. A może rozumiem.

Wydaje mi się, że nie rozumiem. A może rozumiem.

Pewnego dnia, ot zwyczajnego, jak setki innych, gdy pracowałam w hotelu, na recepcji zjawiła się para Niemców. Starsze małżeństwo, w wieku zdecydowanie zaawansowanym. Pech chciał, że trafiło na mnie, małżeństwo na mój widok zaczęło opowiadać, przede wszystkim ustami kobiety, ale mężczyzna też się włączał.

Tu muszę na chwilę zboczyć z głównego wątku i rozpocząć wątek poboczny, na marginesie, didaskalia. Otóż niezwykle ważne jest wspomnieć o charakterystycznej cesze Niemców: oni nie potrafią mówić krótko i zwięźle. Nie jest to tylko moja obserwacja, ale potwierdzona także przez przedstawicieli innych narodowości, którym przyszło pracować z Niemcami. Nie wiadomo dlaczego plemię germańskie jakoby nie było w stanie zbudować krótkich wypowiedzi, mówić powoli, nie mówiąc już o pomocniczym machaniu rękami, tak by biedny Hiszpan albo Polak na recepcji zrozumiał. Zamiast tego zdają półgodzinną relację dotyczącą problemu, o którym można by opowiedzieć w dwóch zdaniach. Kiedy człowiek im powie, że nie zrozumiał i prosi by mówili prostym językiem, patrzą na człowieka jak na kosmitę, jakby chciał nie wiadomo co, po czym powtarzają dokładnie to samo, co powiedzieli przed chwilą, nie upraszczając nic a nic. Ani o przecinek. O tym, że telewizor nie działa, potrafią gadać przez kilka minut.

Tak było i owego dnia. Przyszło to starsze małżeństwo, mówiło i mówiło. Nic nie zrozumiałam, tylko tyle, że czegoś nie ma, czegoś im brakuje. I słowo, które brzmiało jak „Bushalt”. Bus to autobus, halt znaczy stop, to na pewno chodzi o przystanek autobusowy – kombinuję w swojej głowie, podczas gdy Niemcy wylewają z siebie potoki słów. Nie mogłam odgadnąć, czy może chcą się dowiedzieć, kiedy odjeżdża transport na lotnisko, może im uciekł ten transport, a może po prostu pytają, gdzie jest przystanek. Zapytałam więc grzecznie, o jaki autobus konkretnie im chodzi. Dziwnie na siebie spojrzeli, spojrzeli na mnie i dalej powtarzali tę całą historię, dużo słów i ten „Bushalt” powtarzali w kółko. Więc ja znowu z pytaniem o autobus, czy na lotnisko, czy do Las Palmas. A oni mówią i mówią, i widzę, że się denerwują, to też typowa cecha naszych zachodnich sąsiadów, jak ktoś ich nie rozumie, to się denerwują. I tak ta cała sytuacja nie rozwija się w żadną stronę, aż w końcu doszłam do wniosku, że czas się poddać. I poprosiłam koleżankę biegłą w niemieckim o pomoc.

Pogadali, pogadali, turyści sobie poszli, a ja pytam koleżankę:

– O co chodzi z tym autobusem? Mówili ciągle „Bushalt” i „Bushalt”.

– Nie pytali o autobus tylko o biustonosz. Mówili Büstenhalter, czyli biustonosz, a nie przystanek. Przystanek to jest Bushaltestelle.

I tak to poszukującym zaginionego stanika Niemcom doradzałam w kwestii autobusów.

Historię tę dedykuję wszystkim, którzy w pocie czoła uczą się języków obcych. I myślą, że nie mają do tego talentu, i wierzą, że im to nie wychodzi. I boją się otworzyć usta, tak się martwią, że powiedzą coś głupiego. A powiedzą. Nie da się bez wpadek. Dobra wiadomość jest taka, że trudno wam będzie mnie doścignąć. W tej konkurencji osiągnęłam bowiem niekwestionowany high level.


2 thoughts on “Wydaje mi się, że nie rozumiem. A może rozumiem.

  1. A to ten stanik się w holetu zgubił? Że na recepcji go szukali? 😀 Raczej bym na to nie wpadła.

    Najważniejsze to umieć się śmiać ze swoich językowych wpadek 🙂

    Pozdrawiam 🙂

    1. No ponoć sprzątaczki zwinęły razem z pościelą do prania. Nie wiem, jak się ta historia skończyła, ale pół hotelu szukało stanika, podczas gdy ja szukałam autobusu 🙂 A ze swoich językowych wpadek należy się śmiać, bo coż przecież innego pozostaje.
      Pozdrowienia
      🙂

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *