Wieści z cywilizacji

Wieści z cywilizacji

W ostatnim dniu pracy, gdy już wychodziłam z domu, żeby jechać do biura i podpisać ostatnie papiery dotyczące mojego zwolnienia z pracy, nagle Nowy Szef przysłał mi wiadomość: “Nie podpisuj niczego”. A po chwili zadzwonił, żeby oznajmić, że jednak przedłużają mi umowę. Postanowiłam więc pojechać na wakacje.

Jak ktoś mieszka na Lanzarote albo Fuerteventurze na wakacje zazwyczaj jeździ najchętniej do tzw. cywilizacji. Cywilizacja to takie magiczne miejsce, gdzie do kina nie trzeba jechać pięćdziesiąt kilometrów, w knajpach serwują cafe latte i gdzie można przejechać się pociągiem. Teraz cywilizacja objawiła się w postaci stolicy Niemiec, Berlina. W Berlinie są szerokie ulice, jeździ metro i tramwaje, na każdym rogu można trafić na jakąś wystawę, wernisaż, są teatry, niestety przeważnie po niemiecku. W Berlinie jest pełno parków, a dla kogoś, kto przyjechał z pustyni, widok drzew jest tak niesamowity jak Sahara dla Eskimosa.

Jak człowiek dotrze z Wysp Kanaryjskich do stolicy Niemiec, zaczyna zwiedzanie od naprawdę dziwnych miejsc. Na przykład od… marketu Aldi. Jaki tam szeroki asortyment! Równiutko, rzędem na półkach stoją poukładane ogórki konserwowe, obok kiszona kapusta z ekologicznych upraw. W te ogórki można się wpatrywać bardzo długo, nie ustając w zachwycie.

Obowiązkowo trzeba iść do kawiarni na porządną kawę. Kanaryjskie leche leche z podwójnym mlekiem – skondensowanym oraz zwykłym – już się nieco znudziło, a włoskie espresso jest jakieś takie za szybkie, ani się człowiek nie zorientuje, a tu już kawa się skończyła. W cywilizacji trzeba więc usiąść w jednych z tych przytulnych knajpek, gdzie już od wejścia oszałamiająco pachnie kawą, gdzie zawsze jest oryginalny, ciekawy wystrój, przyciemnione światło, sączy się nastrojowa muzyka, tymczasem na zewnątrz… pada deszcz. Chętnie by się zagadało do kelnera czy barmanki, ale mój poziom niemieckiego pozwala mi tylko na zamówienie kawy, nic więcej. Zresztą Niemcy w porównaniu do Hiszpanów są jacyś tacy nierozmowni. W Hiszpanii można iść na kawę i zaraz ktoś zagada, wypyta o polskie świąteczne przepisy albo czy w tej Polsce jest naprawdę tak zimno, ekspedientka w sklepie opowie o swoich dzieciach i mężu, pani w autobusie opowie połowę swoje życia. Jak się spotka dwóch Hiszpanów, to nie mogą się nagadać. Niemcy, a przynajmniej berlińczycy, załatwiają co trzeba i biegną do swoich spraw. Jedyną rozmowną osobą, którą udało mi się spotkać w Berlinie, to taksówkarz pochodzenia tureckiego. Doskonale rozumiał, że w życiu trzeba sobie od czasu do czasu uciąć sympatyczną pogawędkę.

O tym, że jesteśmy w cywilizacji, można sobie przypomnieć nawet w toalecie, wrzucając papier do klozetu. Na Wyspach Kanaryjskich obok muszli klozetowych zawsze obowiązkowo stoją kosze na śmieci i uprasza się przyjezdnych, by wrzucali papier do tych koszy. Dlaczego?

– Jesteśmy w kraju wąskich rurek – tłumaczą turystom M&M, para polskich przewodników, którzy na Fuerteventurze słyną tym, że są bardzo w sobie zakochani i zazwyczaj razem oprowadzają wycieczki. – I możecie nam wierzyć, że przetykanie tych rurek to naprawdę śmierdząca robota.

M&M zawsze dwoją się i troją, żeby turyści wrzucali papier tam, gdzie trzeba, ale generalnie nie odnoszą wielkich sukcesów. Ale podobno każdy Polak ma zawsze swoje zdanie i trudno mu coś wytłumaczyć. Porzucę tę dygresję i wrócę do stolicy Niemiec.

Po zwiedzeniu wszystkich Aldi oraz sklepów ekologicznych w okolicy – berlińczycy mają fioła na punkcie produktów bio – po wypiciu kawy, obowiązkowym odwiedzeniu parku i gapieniu się na drzewa, po przejażdżce metrem i tramwajem można wreszcie przystąpić do zwiedzania właściwego, czyli odwiedzić jakieś muzeum i rzucić okiem na jakiś zabytek. Takie, dajmy na to, Muzeum Historyczne robi wrażenie. Wreszcie muzeum, w którym nie ma nic o słynnym architekcie Cesarze Manrique, o wulkanach, o różnych rodzajach piasku, ani nawet o kozim serze.

Tak można sobie łazić i łazić po tym Berlinie, żeby wreszcie dotrzeć na główną stację kolejową Berlin Hauptbanhof, skąd odjeżdża pociąg do Polski. I dotrzeć na łono ojczyzny. A tam, za Poznaniem coraz bielej i bielej, i pada śnieg. Wtedy można się stuknąć w swoje emigranckie, kanaryjskie czoło – no po co kobieto spakowałaś ten krem przeciwsłoneczny?


4 thoughts on “Wieści z cywilizacji

  1. witam p.Edyto
    Zainteresowałem się pani blogiem ,marzy mi sie wyjazd przeprowadzka gdzies na południe europy a poniewaz niedawno odwiedziłem pierwszy raz Hiszpanię gdzie bardzo mi sie podobało było by fajnie zamieszkac tam gdzie pani.
    Poniewaz mieszkamy w Górach gdzie zima trwa ponad pół roku i myslimy o przeprowadzce w cieplejsze strony.Na pewno wyspa była by idealna, chciałbym zasięgnąć trochę informacji na temat wynajmu mieszkania lub kupna jakie są ceny ! jak wygląda przecietne wynagrodzenie na Wyspie oraz koszt życia ?
    z góry dziekuję za odpowiedz
    Pozdrawiam
    Janusz

  2. Dziwne, że piszesz “Nowy Szef” z wielkich liter a “ojczyzna” z małej… Coś ta emigracja na dobre Ci nie wyszła…

  3. Dzień dobry, chciałabym się z Panią skontaktować, ale na stronie nie znalazłam żadnego innego sposobu, prócz pozostawienia komentarza. Piszę z wydawnictwa. Mój adres Pani zna.
    Pozdrawiam serdecznie

  4. Witam,
    Jestem zakochana w wyspie. Byłam 4 razy i chciałabym tam właśnie spędzić swoje życie. Jak kształtują się zarobki mieszkańców? Ile zarabiają, np. ratownicy morscy?

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *