Wielkie faux pas

Wielkie faux pas

Powszechnie wiadomo, że ci z Krakowa nie lubią tych z Warszawy, a jak lubią piłkę nożną, to siebie nawzajem nie lubią jeszcze bardziej. Żadna pani przy zdrowych zmysłach nie szepnie swemu ukochanemu w centrum Sosnowca „mój Ty Hanysie”, bo mógłby to być koniec pięknej miłości. Jest tajemnicą poliszynela, że góral wie lepiej od cepra i wygrałby z nim w wyścigu fasiągów. Jak się człowiek urodzi i wychowa pod daną szerokością geograficzną, to się orientuje w tych niepisanych zasadach, w tych zawiłościach społecznych i towarzyskich. A co ma zrobić, jak jest imigrantem z Polski na Wyspach Kanaryjskich?

Wyspy Kanaryjskie są jednością i raczej nikomu by nie przyszło do głowy ich rozdzielać. Mało prawdopodobne by ci z Lanzarote rzekli kiedyś do tych z La Gomery, że nie chcą być razem w jednym archipelagu i przyłączą się do innego państwa albo przywłaszczą sobie nazwę Kanary na wyłączność, a ci z La Gomery niech sobie coś innego wymyślą. Generalnie dominuje tu myślenie, że wyspy są jednością. Poza tym mają wspólną historię, kulturę i są położone rzut beretem jedna od drugiej. Jeśliby się przeciętnemu Kanaryjczykowi marzyła jakaś zmiana, to raczej odłączenie od Hiszpanii i stworzenie dumnego wyspiarskiego państwa, ale jest to mało realne. Na arenie międzynarodowej albo w dyskusjach z rządem hiszpańskim Kanaryjczycy zawsze występują razem. Ale wiadomo, że tu, w domu, na własnym podwórku też trzeba z kimś współzawodniczyć.

Oficjalnie archipelag jest podzielony na dwie prowincje. Pierwszą z nich, ze stolicą w Las Palmas, tworzą Gran Canaria, Lanzarote i Fuerteventura. Druga to Santa Cruz de Tenerife, która obejmuje Teneryfę, La Gomerę, La Palmę i El Hierro. Jest tajemnicą poliszynela, że obie te prowincje, a szczególnie obie ich stolice nie lubią się za bardzo i konkurują ze sobą, zupełnie jak Śląsk z Zagłębiem albo Warszawa i Kraków. Tacy jak ja, zwani guiri (czyt. giri), czyli obcokrajowcy w Hiszpanii, szczególnie ci z północnej Europy, bladzi i biali, co to mało rozumieją z tutejszych zawikłości, zanim się nauczą o co chodzi, popełniają gafę za gafą.

Co zdarzyło mi się na przykład niedawno w Puerto Rico (chodzi tu oczywiście o miasteczko na południu Gran Canarii, nie zaś o wyspę w Ameryce Środkowej). Gdy wpadłam przejazdem do Puerto Rico, wpadł mi do głowy pomysł by spróbować słynnej kawy barraquito, do której dodaje się mleko, słodkie mleko skondensowane, ciut cynamonu, ciut skórki z cytryny i co nieco likieru. To kanaryjski specjał, popularny głównie na Teneryfie i La Palmie. No i w tym tkwi szkopuł. Podzieliłam się moim pragnieniem z kelnerką w jednej z knajpek obok plaży i bardzo jej się to nie spodobało.

Barraquito się pija na Teneryfie. Tu jest Gran Canaria – odparła szczerze oburzona i spojrzała wyniośle, zupełnie jak włoski kelner, którego poprosiłam kiedyś o niemieckie wino.

Pozostało mi tylko zrozumieć mój błąd i poprosić o kawę z mlekiem.

fot. Tu ma być zdjęcie kawy barraquito, ale kawy nie było, więc nie dało się jej sfotografować. Będzie zatem zdjęcie plaży.


2 thoughts on “Wielkie faux pas

    1. Och! A ja tyle czasu na Kanarach i jeszcze jej nie spróbowałam! I do tego jeszcze mieszkałam na Fuercie i byłam w Oasis Parku. Ech. Sprawdza się jednak przekonanie, że człowiek czasem nie widzi tego, co ma przed nosem. Będę na nią dalej polować! Dziękuję! I od-pozdrawiam 🙂

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *