W poszukiwaniu wolnego czasu

W poszukiwaniu wolnego czasu

Stoi na śniegu, na nartach, ciepło ubrany, w rękach kijki, tuż za nim wyciąg orczykowy. Jedynie czapka bejsbolówka nie pasuje do tego zimowego anturażu. Zdjęcie zostało wykonane w pierwszych dniach tego roku. Zamieścił je na różnych portalach społecznościowych, a pod zdjęciem podpisał: W 2018 postanowiłem dalej żyć tym trudnym życiem, które – jak mawiała moja nauczycielka – będę miał, jeśli się nie będę uczył….Ale ciężkie to życie hahaha”. Westchnęłam, bo ja, po studiach, przeglądałam właśnie oferty o pracę i nie powiem, chętnie bym to zamieniła na narty w Zakopanem.

Nie chodzi o to, że jest bogaty z domu, bynajmniej. Pochodzi z Balearów, ma teraz pewnie koło trzydziestu lat, plus minus. Nie ma też jakiejś super płatnej pracy. Pracuje w różnych miejscach jako animator albo szef animacji, to na Wyspach Kanaryjskich, to na Balearach. Zdążył się przy tym nauczyć kilku języków. Przez jakiś czas mieszkał też w Polsce, gdzie uczył dzieci hiszpańskiego i gotował w knajpie z hiszpańskim jedzeniem. Ma swoją artystyczną pasję, pod pseudonimem Nahuel Breaker tworzy hip hop, tańczy break dance. Po prostu zdecydował, że nie będzie żyć w rytmie od poniedziałku do piątku z kilkoma tygodniami przerwy na wakacje w ciągu roku i tak przez najbliższe trzydzieści, czterdzieści lat.

Jego zdjęcie z Zakopanego z krótkim komentarzem zapadło mi w pamięć. I niedługo po tym, jak je zobaczyłam, Kanaroniemiec wyszedł z pracy jakoś tak z nosem na kwintę.

– Dostałem dzisiaj maila z biura naszej firmy – wyjaśnił. – Szczegóły dotyczące organizacji pracy. I że mam trzydzieści dni wakacji przez cały rok. Trzydzieści dni, wliczając weekendy. A jeśli podczas urlopu wypadnie dzień świąteczny, to i tak wlicza się w te trzydzieści wakacyjnych dni. Jak to przeczytałem, od razu zepsuł mi się humor.

I spotkałam też niedawno Młodego Romantyka, z którym pracowałam w jednym z hoteli na południu Gran Canarii. Skończył studia, ambitnie podjął pracę jako zastępca dyrektora hotelu na Karaibach. Tam właśnie skończył mu się kontrakt i wkrótce poleci pracować na Hawaje. To popularna w Hiszpanii ścieżka kariery dla menadżerów w turystyce. Jadą do jakiegoś odległego, często słabiej rozwiniętego ekonomicznie kraju i pracują dla dużych, międzynarodowych sieci hoteli. Tam łatwiej się dostać osobie bez doświadczenia.

– Sześćdziesiąt godzin w tygodniu, standardowy etat. Potwornie męczące – wyjaśnia mi kulisy pracy. Na poznawanie Karaibów czy Hawajów nie ma zbyt dużo czasu.

Zaledwie pięć tygodni wakacji przez cały rok, mnożące się jak grzyby po deszczu nadgodziny, jeden dzień wolnego w tygodniu zamiast dwóch to coś, na co nie mogę się zgodzić i czego unikam, jak tylko się da (czasem się udaje, czasem nie). Nie wiem, skąd się wzięło to przekonanie, że im więcej ktoś pracuje, tym bardziej jest pracowity. I kto postawił znak równości między pracować dużo a pracować mądrze?

Tygodnie, miesiące, lata uciekają przez place, znowu poniedziałek, pracuj, śpij, pracuj, śpij – ludzie wchodzą w ten schemat, jakby to było jedyne możliwe wyjście. Jakbyśmy nie dostrzegli, że jesteśmy w XXI wieku w Europie i że cały ten rozwój cywilizacyjny jest po to, żeby nam się żyło lepiej. Nawet, jeśli ktoś żyje sto lat, to jego życie i tak jest krótkie. Większość naszych zasobów, można odzyskać, wydane pieniądze znów zarobić, zniszczony dom odbudować i jedynie straconego czasu w żaden sposób się nie da przeżyć jeszcze raz. Świetnie pisze o tym Misza, zastanawiając się, jak można ograniczyć godziny spędzane w pracy, by więcej zostało na życie i podróżowanie.

Nie jestem leniem, lubię pracować, ale chcę mieć też czas, dużo czasu, żeby żyć. Wszystkim, którzy zarzucą mi idealizm i zaczną przekonywać: „takie jest życie, realia, zejdź dziecko na ziemię, inaczej się nie da”, przypomnę, że w czasie, gdy oni jadą do pracy, narzekają na korki i że znów poniedziałek, mój kolega Nahuel jeździ sobie na nartach w Zakopanem.


6 thoughts on “W poszukiwaniu wolnego czasu

  1. Coś o czym myślę od poniedziałku, a przecież dzisiaj już piątek. Zaryzykowałam, nie skończyłam studiów i rzuciłam się na głęboką wodę marketingu. Czasem nie pracuję cały tydzień, a czasem od poniedziałku do piątku po 10h. Dopada dziwne zniewolenie, że wbrew zakłamywaniu „praca to nie wszystko” to jednak ta praca strasznie trzyma nas w niewoli. I ja Ci mówię, nie schodź na ziemię kochana, szukaj innych realiów, swoich. Takich żebyś i na tych nartach i na plaży mogła kiedy chciała ! 😉
    Pozdrawiam, tym razem z Portugalii 😉

  2. Mi się poszczęściło zawodowo (przynajmniej na dziś tak uważam :)). Jestem skrzypaczką – uczę gry na instrumencie i sama również gram. Udało mi się połączyć pasję z pracą, co już jest super. Poza tym jako muzyk i nauczyciel mam baardzo dużo wolnego, więc mogę się realizować na innych płaszczyznach. Ważne, aby praca dawała radość!

    1. Super! Zawsze myślałam, że muzycy jednak mają dość trudno, bo duża konkurencja, mało miejsc, w których można grywać, a ambicje nie pozwalają zwyczajnie grać „do kotleta”. Ale widać, mam nieco błędne wyobrażenie. 🙂

  3. Ja to nazywam bialym niewolnictwem..dopoki ludzie beda sie na to godzic to nic sie nie zmieni..i czasami tylko zastanawiam sie, co by bylo gdyby pewnego dnia wszyscy sie zbuntowali i powiedzieli dosc !..heheh..ale tak sie zapewne nie stanie bo zycie kosztuje i jezeli nawet nie ma sie zaciagnietych kredytow to i tak trzeba zarabiac…ja wole mniej pracowac i mniej wydawac…ale ciagle jeszcze nie odkrylam jak byc finansowo niezalezna, ale tak by pracowac tylko wtedy kiedy mam na to ochote…

    1. Może jeszcze nie dojdziemy do etapu, by pracować tylko, gdy się ma ochotę. Ale pewnie dużo osób mogłoby pracować mniej. Czasem nie chodzi o wielkie rewolucje, tylko zwykłe niezgadzanie się na parę rzeczy.
      Życzę powodzenia w dążeniu do niezależności finansowej 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *