Urząd w trosce o obywatela

Urząd w trosce o obywatela

Nie spodziewałam się takiego telefonu. Ale zadzwonił, a konkretnie to zadzwoniła pani z urzędu pracy, by porozmawiać o moim poszukiwaniu zatrudnienia. Poszukiwaniu zatrudnienia dla mnie. Tak się składa, że od dłuższego już czasu jestem bezrobotna. A że wcześniej długo pracowałam na umowach stałych, to przysługuje mi wypłacane przez państwo świadczenie. Słowem, jestem obecnie na utrzymaniu hiszpańskiego króla (no dobrze, podatnika, ale króla to lepiej brzmi).

Wizyta w urzędzie pracy to dla imigranta fascynujące przeżycie. Po pierwsze, urzędnicy są mili. Sympatyczni i chętni do pomocy. Najpierw trzeba się umówić na wizytę, przez telefon albo internet, wyznaczona zostaje data, przychodzimy i czekamy, aż wyświetli się nasz numerek na tablicy. Gdy się wyświetli tenże numerek, siadamy przy wyznaczonym stoliku, by zaraz ze zdziwieniem stwierdzić, że osoba za biurkiem naprawdę chce nam pomóc.

Nie mam wielkiego doświadczenia z urzędami pracy, ale ten w Krakowie, położony na obrzeżach wydał mi się jednym z najsmutniejszych miejsc na planecie Ziemia. Już samo to umiejscowienie, za miastem praktycznie, sprawiało na mnie wrażenie, jakby ludzie bez pracy byli jakimś kłopotem, który trzeba ewakuować z centrum. I przecież nie pracują, mają dużo czasu, więc mogą jeździć na dalekie wycieczki. Pamiętam, że w budynku było szaro i buro, pracownicy niezbyt sympatyczni i znużeni, a ludzie w kolejce sprawiali wrażenie smutnych. No i trzeba było biegać po piętrach od pokoju do pokoju, żeby coś załatwić.

Tym większe było moje zdziwienie, gdy widziałam kanaryjskiego urzędnika, który wydawał się zadowolony z życia. Szybko zdałam sobie sprawę, z czego może wynikać to zadowolenie. Co chwilę któryś z pracowników oświadczał, że idzie na śniadanie, brał torebeczkę i żakiecik, i wychodził, zostawiając puste biurko. A gdy ja już załatwiłam, co miałam załatwić i szłam przez miasto, zobaczyłam pana, który dopiero co mnie obsługiwał, jak siedzi sobie w knajpianym ogródku, popija kawę i wyciąga twarz do słońca. Hm, gdybym tak mogła sobie codziennie wychodzić z pracy na kawkę w słońcu i nie sprawiałoby to, że muszę później dłużej siedzieć w tym urzędzie czy biurze. Czemu nie?

Tak więc pan, który mnie obsługiwał, poinformował, że aby się u nich zarejestrować jako bezrobotna, muszę się najpierw zarejestrować tam, z drugiej strony, przy tamtych biurkach. Urząd pracy w San Fernando na południu Gran Canarii wydawał mi się nieco tajemniczy. Gdy się wchodzi do budynku, ma się wrażenie, że tu jest takie dwa w jednym. Z prawej strony korytarza jest duże pomieszczenie, gdzie przy licznych stolikach siedzą ludzie przy komputerach, stukają w klawiatury, obsługują petentów, zaś po drugiej stronie znów stoliki, komputery, szafy z dokumentami, drukarki i obsługa obywateli. I tak cię w tym urzędzie odsyłają między stroną prawą a lewą, tu cię rejestrują, i tu cię rejestrują, a ty nie bardzo kumasz, o co chodzi. Aż w końcu nie wytrzymałam i spytałam tego pana, co mnie obsługiwał z lewej strony:

– A czemu to tak działa? Muszę się rejestrować tu i tu? To raz nie wystarczy? Po co dwa razy? – dopytywałam się.

– A bo my jesteśmy urzędem państwowym, a oni lokalnym, kanaryjskim – wyjaśnił mi. – My wypłacamy świadczenia.

– A oni co robią?

– Kursy doszkalające, pomoc w szukaniu pracy i takie tam.

I tak misterium się wyjaśniło.

Jestem na tym bezrobociu już kilka miesięcy. Do tej pory urząd, co to pomaga ludziom pracę znaleźć, nie dawał znaku życia. Nic ode mnie nie chciał. Całkiem mnie ignorował. I nagle, zadzwoniła ta pani, żeby o mojej karierze porozmawiać. CV każe przynieść. Pomóc chce. Może by mnie wcisnęła do jakiejś rady zarządczej. Coś poradzę, coś zarządzę i zgarnę trochę hajsu. To byłoby życie.

A tu poczytacie o początkach mojego bezrobocia


2 thoughts on “Urząd w trosce o obywatela

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *