Tylko się nie denerwuj

Tylko się nie denerwuj

Kanaryjczycy się nie spieszą. I nie stresują. Jest tutaj takie powiedzenie: nie biegaj za szybko, bo wpadniesz do oceanu. I to powiedzenie świetnie oddaje mentalność kanaryjską, dla której stres i pośpiech to dwaj najwięksi wrogowie. Najgorsi.
Kanaryjczycy cenią sobie swój czas. Nie próbuj do nich dzwonić w niedzielę lub święto, jeśli chcesz coś załatwić. Nie próbuj narzucić pracownikowi wykonania jakiejś czynności, która do niego nie należy. Obrazi się śmiertelnie i zapamięta to sobie na całe życie. Na przykład, moja pierwsza praca tutaj, w hotelu na Lanzarote. O 23:00 docierają do hotelu turyści z Anglii z maleńkim dzieckiem. Trzeba im wstawić do pokoju łóżeczko dla niemowlęcia. To zawsze zadanie dla dziewczyn sprzątających. Ale jest już późno, jest więc tylko jedna na zmianie, do tego jeszcze zawalona robotą, musi wysprzątać pokoje, bo ktoś akurat o tej porze postanowił zmienić apartament na inny, musi jeszcze biegać po całym hotelu ze spray’em na karaluchy, bo Anglicy dostają palpitacji serca, jak jakiś wejdzie przez otwarte okno. Świeżo przybyli turyści będą więc musieli z godzinę poczekać na łóżeczko dla dziecka.

Wpadłam jednak na pomysł, skoro pan z obsługi technicznej nudzi się od dwóch godzin i nie ma nic do zrobienia, to on może podskoczyć i zanieść to łóżeczko. Tak mu więc zleciłam. I to był mój grzech największy. Pokłóciliśmy się o to, ale ostatecznie zaniósł to łóżeczko. Poszedł jednak na skargę do mojego szefa. Zaś szef odbył ze mną pouczającą rozmowę. Stwierdził, że mnie rozumie, jest Anglikiem, więc mieliśmy wspólne północnoeuropejskie spojrzenie na kwestie pracy.

– Ale nie rób tego więcej – pouczył mnie. – Tutaj tak jest i nie wnikaj w to, ani nie próbuj zmienić. A poza tym sprzątaczki i techniczni się nie lubią.

Kanaryjczycy się cenią. Swój czas, swój spokój, poczucie komfortu. Jasne, trzeba się czasem zmęczyć, ale przecież można ograniczyć do minimum wysiłek tak, aby nie męczyć się nadmiernie. Kolejny przykład z mojej pracy z tego samego hotelu. Rozmawiałam kiedyś z jednym z technicznych, bardzo sympatycznym José Domingo. Nie pamiętam już czego dokładnie dotyczył temat rozmowy, w każdym bądź razie opowiadałam mu, że miałam tego dnia bardzo dużo rzeczy do zrobienia, więc przejęłam się i zestresowałam, żeby wszystko ogarnąć, ze wszystkim zdążyć. Że pracowałam bardzo szybko i jeszcze w stresie. On spojrzał na mnie zdziwiony, ale tak bardzo mocno zdziwiony i stwierdził:

– No ale po co się tak stresujesz? Przecież jak się nie da, to się nie da.

– No wiesz, ale można jakoś poszukać rozwiązania, coś wymyślić. Zawsze się znajdzie sposób – zaoponowałam.

– Jak się nie da, to się nie da. I już – spojrzał na mnie i już oboje wiedzieliśmy, że kompletnie się nie rozumiemy. Ja jego, ani on mnie.

Osoby, które tu najwięcej pracują i którym najtrudniej wyjść z pracy o czasie, i nie wyrabiać nadgodzin, to Polacy. Niemcom, przyzwyczajonym do porządku i organizacji, ciężko się tu też w pracy odnaleźć, w kanaryjskim braku organizacji. Często się więc denerwują, unoszą gniewem, pracują po swojemu, ale Kanaryjczykom dają spokój, nie narzucają swojej wizji dobrze funkcjonującego przedsiębiorstwa, hotelu czy sklepu. Jest tu nawet specjalne określenie: aplatanado. Oznacza wykonywać jakąś czynność z „kanaryjską prędkością”, czyt. powoli.

Mieszkający tu cudzoziemcy też w jakimś stopniu przyzwyczajają się do tego wolniejszego tempa i do nieprzejmowania się. I to jest generalnie fantastyczne. Nigdzie nie spędziłam dwóch tak beztroskich i wyluzowanych lat jak na Wyspach Kanaryjskich. Nie chodzi o to, że w ogóle nie ma problemów, ale że ludzie nie przejmują się tu rzeczami, którymi zamartwiają się w Europie. Kariera, super ciuchy, nowy model komórki, nie mają znaczenia. Najważniejsze jest iść na plażę, zrelaksować się i cieszyć życiem. A plaża jest za darmo. Po co się więc przepracowywać?

To jest generalnie fantastyczne. Ale czasem jest się klientem tych wyluzowanych ludzi. I oni nie będą się wysilać, by załatwić twoją sprawę. Wtedy jest ci nieco mniej fantastycznie, jeszcze mniej fantastycznie, szlag cię trafia. Jak na przykład Krakowiankę, moją przyjaciółkę z Polski, która mieszka na Lanzarote. Otóż Krakowianka musiała ostatnio zapłacić 200 euro rachunku za prąd, przy czym normalne opłaty za prąd i wodę wynoszą tu na miesiąc gdzieś plus minus 50 euro. Problem w tym, że elektrownia coś tam źle naliczyła, a nikt na osiedlu nie może sprawdzić stanu liczników. Bo liczniki znajdują się na posesji, na której nikt nie mieszka, zaś właściciel tej posesji jest gdzieś w Ameryce, o ile dobrze pamiętam, no i tylko on ma klucze. Właściciel mieszkania Krakowianki rozkłada ręce, elektrownia rozkłada ręce, sąsiedzi się poddali i też tyle płacą. A właściciel posesji z licznikami rzadko odbiera telefon, przecież ta różnica czasowa robi swoje, mówi, że na Lanzarote wpadnie, ale w sumie nie wiadomo kiedy.

– Chodźże przeskoczymy przez płot i sprawdzimy stan tych liczników – mówię do Krakowianki.

– Miałam taki pomysł – odpowiada. – Ale trzeba by przejść przez podwórko sąsiadki, bo moje nie przylega do posesji z licznikami. A sąsiadka się nie zgodziła by z jej podwórka skakać.

Klasyczne kanaryjskie „nie da się” dotyka mnie bezpośrednio, gdy piszę te słowa. Od tygodnia mieszkam w nowym miejscu w Corralejo na Fuerteventurze. Fantastyczne osiedle z ogrodem i basenami. Jak tu weszłam, zobaczyłam te baseny, pomyślałam, że co jak co, ale ja tu muszę mieszkać. Udało się. Gdy się wprowadziłam i rozkładałam rzeczy, rozpakowywałam wszystko, przez moment coś zapachniało brzydko z zewnątrz. Zapachniało i przeszło, ok. Poszłam do sąsiadów na górze się przedstawić, nade mną mieszka cudowna para Urugwajczyków. I oni wytłumaczyli mi, że tu jest smród. Że jak się wyjdzie z osiedla, w rogu jest jakaś taka skrzynka, nie skrzynka, coś od kanalizacji chyba i to stamtąd czasem tak potwornie śmierdzi. Byli w recepcji się dowiadywać i pytać, i że się nie da, ale to absolutnie się nie da tego naprawić, bo naprawienie jest niemożliwe, absolutnie niemożliwe. No nie do wykonania wprost. I czasem śmierdzi, zależy, z której strony wiatr wieje. Wszyscy, którzy mieszkają w tej części osiedla, czują smród. Naliczyłam, że musi to być minimum z dziesięć mieszkań.

– Jak się mieszka? – spytał mnie ostatnio Polak z Nowego Sącza, sąsiad z tego samego osiedla.

– Dobrze – mówię. – Ale czasem śmierdzi.

– A tam to zawsze tak jest. Nazywamy to trójkątem bermudzkim. Już trzy lata tu mieszkam i zawsze tak wali, w tamtej części osiedla.

– Nie mogą tego naprawić? – spytałam naiwnie.

– Zapomnij – usłyszałam.

Dzisiaj miałam wolne. Wstałam, wyszłam na taras, słoneczko świeci, palmy szumią, ciepło zielono, pięknie. Usiadłam z książką, przy kawie, bosko, czegóż można chcieć więcej od życia – pomyślałam. I w tym momencie nadeszła odpowiedź. Otóż od życia można chcieć jeszcze, żeby nie śmierdziało. Bo nagle zwalił się ten straszliwy smród. Żeby chociaż wiatr wiał z drugiej strony – pomyślałam. Ale wiatr ma to do siebie, że wieje, jak chce. To może drzwi zamknę i okno otworzę z drugiej strony. Z drugiej strony wali jeszcze gorzej, smród atakuje, gdzie chce. Schowam się do mieszkania, żeby nie było czuć, ale w międzyczasie nawiało i do środka. Dobrze, że istnieją świece zapachowe, może kadzidełka kupię, żeby je zawsze na tarasie palić. Wiatr dzisiaj niełaskawy. Piszę te słowa, piszę i co chwila zajeżdża takim smrodem. Nie wytrzymam, muszę stąd iść, idę na basen. Jeśli to będzie tak często śmierdziało, szybko zostanę drugą Otylią Jędrzejczak.


2 thoughts on “Tylko się nie denerwuj

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *