Taki zwyczajny wrzesień

Taki zwyczajny wrzesień

Wrzesień zasuwa z prędkością spadającej gwiazdy. Takiej, co się ją długo wypatruje, w końcu wreszcie dostrzeże, a ta leci na łeb, na szyję, że nie ma czasu się na nią napatrzeć i zaraz szybko gaśnie. Tak gdzieś między wizytą Kuzynki i Krakowianki, pracą i pojawiającymi się nowymi zadaniami oraz rzeczami do zrobienia na wczoraj, nie dostrzegam nawet, gdzie mi się ten miesiąc podział.

– Pani taka jakaś blada. Na plażę to chyba nie ma czasu? – dopytywała się kilka dni temu jedna z turystek w hotelu. Parę razy zdarzyło mi się pójść na plażę, owszem, ale tak się jakoś złożyło, że ocean widuję ostatnio zza szyb samochodu w drodze do pracy.

Jak to zazwyczaj bywa w takich zaganianych tygodniach, miesiącach czy latach, wskaźnik efektywności i skuteczności paradoksalnie, zamiast rosnąć, spada. Nie ominęło mnie i to. Na blogu mało tekstów, nieodpisane maile leżą, jęczą głośnym wyrzutem sumienia i domagają się uwagi. Włamywaczka z Małopolski, która w ramach „przeprosin” wysprzątała gospodarzom mieszkanie, uparcie omija mój adres. Gramatyka niemiecka leży, warczy i łypie na mnie z kąta, chyba schowam ją pod szafę. Itede, itepe, etcetera.

W takim więc wrześniu mam ochotę się wypisać, rzucić wszystkim, wsiąść do pociągu byle jakiego. I tęsknię sobie za równo przystrzyżonymi trawnikami berlińskich parków, gdzie można się z ulgą położyć i gapić w chmury. Sprawdzam ceny biletów do Tajlandii oraz połączenia z Singapurem. A i beskidzkie jesienne lasy są opcją niezwykle kuszącą, by do nich zwiać i się w nich ukryć. Obrażam się na ten zwykły, banalny, codzienny, niespektakularny do bólu wrzesień.

I już bym się miała tak całkiem obrazić, gdybym nie natrafiła w sieci na wystąpienie Jacka Walkiewicza „Pełna moc możliwości”. Wiem, w dobie napierających pseudo coachów ludzie automatycznie dostają skrętu kiszek, gdy słyszą hasła w stylu moc możliwości. Ja jednak to wystąpienie sobie cenię, bo mówca nie sprzedaje mi pierdoletów w stylu: wszystko będzie pięknie. Wręcz przeciwnie. Mówi o tym, że „marzenia są czymś uroczystym, odświętnym, natomiast dochodzimy do nich przez taką normalną prozę życia, przez codzienność.” I mrówczą pracę.

Tak, wiem, to banał. Ale potrzeba czasem taki banał usłyszeć. W takim wrześniu. A szczególnie, jeśli macie za oknem brzydką pogodę i pada wam smutny, jesienny deszcz.


6 thoughts on “Taki zwyczajny wrzesień

  1. Tak już jest, że wrzesień otula nas swymi “jesiennymi skrzydłami” (szczególnie jeśli mieszka się w Niedersachsen). Wystąpienie Jacka Walkiewicza naprawdę pomaga 😉 Dziękuję Ci Edytko.

    1. Ha, teraz akcja sprawdzania w googlu, gdzie dokładnie jest Niedersachsen. Czy chodzi o Dolną Saksonię? Oj, przypominasz mi, że nie odrobiłam jeszcze lekcji z nazw geograficznych po niemiecku 😉 Hm, i w Saksonii jeszcze nie byłam. No to mam kolejny punkt na mapie do zobaczenia.
      Przemówienie pomaga i to jak. Nie ma mi za co dziękować, bo przecież to nie ja przemawiam.
      Pozdrawiam 🙂

      1. Tak, Dolna Saksonia, okolice Hanoweru dokładniej 🙂 Pod koniec listopada jedziemy się “wygrzać” na La Palmę. Jeszcze tam nie byliśmy ale wygląda bardzo obiecująco 🙂

    1. No właśnie. Usłyszałam, pomogło mi i pomyślałam, że zapewne komuś innemu też pomoże. I że trzeba się tym podzielić. 🙂

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *