Senegalczyk patrzy przerażony

Senegalczyk patrzy przerażony

Na Wyspach Kanaryjskich musi być chyba największe stężenie ciekawych osobistości na kilometr kwadratowy. Co rusz człowiek natyka się na historie rodem z Hollywood. Dobry scenarzysta miałby tu co robić, spisując te wszystkie dzieje losu, nagłe życiowe zwroty akcji i szkicując te szalone charaktery.

Na przykład Włoszka, która pracuje razem ze mną. Tak sobie ni z tego, ni z owego, siada pewnego dnia i opowiada historię, jak poznała swojego partnera. A poznali się jakieś niemal trzydzieści lat temu, ona miała chyba wtedy dziewiętnaście lat. On był żonaty, ale tak się na zabój młodzieńczo zakochał, że z tą żoną musiał się rozstać. No i chciał się z tą Włoszką żenić, ale ona wolała jechać w świat. Odnaleźli się jakieś dwadzieścia lat później, ona mieszkała na Fuerteventurze, on w Kostaryce miał swoją firmę, instalował systemy bezpieczeństwa, cały monitoring włoskiej ambasady w Kostaryce to on montował. Wpadł z tej Kostaryki na Fuerteventurę w odwiedziny i bach, znowu ich rąbnęło wielkie uczucie jak w szczenięcych latach. Nawiasem mówiąc z tych szczenięcych lat mają tylko jedno wspólne zdjęcie, bo później jego zazdrosna żona na Kostaryce zniszczyła mu wszystkie zdjęcia tej wielkiej miłości.

Albo – z ciekawych postaci – właściciel mieszkania, w którym mieszkałam na Lanzarote. Słoweński pisarz i malarz, nauczyciel jogi. W wieku ponad osiemdziesięciu lat lata na paralotniach, gra w tenisa i ćwiczy asany. Wygląda jakby miał lat pięćdziesiąt. Wszystkie firmy kosmetyczne powinny się bić, by u nich wystąpił w reklamie, Claudia Schiffer nie potrafi się tak odmłodzić jak on.

Gdzie się spotyka takich niebanalnych ludzi? Pierwszy lepszy z brzegu przykład – niedzielna impreza w Corralejo na Fuerteventurze. Urodziny sąsiada z Niemiec, siedemdziesiątka. Helmut spędził swoje życie w Niemczech, ma dwójkę dzieci, po drodze był jakiś rozwód, a teraz mieszka na Fuerteventurze razem ze swoją o dwadzieścia pięć lat młodszą kobietą, Marią rodem z Polski. Nawiasem mówiąc, świat jest pełen polsko-niemieckich par, zawsze ona Polka, on Niemiec, raczej rzadko na odwrót. A niby to Wanda Niemca nie chciała.

Wpadam na imprezę spóźniona, drzwi otwiera mi gospodarz w przebraniu – czapka z daszkiem pełna błyskotek, czerwony krawat. Pani domu, z burzą blond włosów i uszami króliczka na głowie – urodziny Helmuta wypadają w karnawale, trzeba było się przebrać – wyjaśnia mi, co i gdzie jest do jedzenia. Gdziekolwiek byście nie pojechali na emigrację, chcielibyście taką Polkę spotkać. Nawet gdyby przypadkiem osobiście nie przypadłaby wam do gustu i tak wpadliście jak śliwka w kompot, złote ręce Marii ugotują wszystko. Na stołach kuskus, naleśniki z łososiem, sałatki, chilli con carne i pięć tysięcy innych pyszności.

– Ja to lubię – mówi Maria słodkim głosem, lekko wzruszona, gdy się pochwali jej kunszt kulinarny. – W Niemczech miałam swoją restaurację, zawsze gotowałam.

Siadam obok imiennika jubilata, też Helmut i też mniej więcej w tym samym wieku. I już zaczynają się życiowe historie, ta jest akurat smutna, Helmut stracił żonę i córkę, obie zmarły na raka. Tu na Fuerteventurze jest wnuczka, więc ma się kim zajmować. Wysoki, szczupły, z łysiną, siedzi odziany w spodnie od piżamy i opowiada o sobie.

– Uczę się hiszpańskiego – mówi. – Ale słabo, słabo mówię. Muszę więcej ćwiczyć.

Po drugiej stronie ławy także siedzi Niemiec, na oko ma ze czterdzieści parę albo pięćdziesiąt lat.

– O, Ty z Polski jesteś – ożywia się Hans i zaczyna opowiadać mi o najpiękniejszych latach swojego życia. Zaśmiewa się przy tym przez cały czas, takie są fajne dla niego te wspomnienia. Hans jest inżynierem i jeszcze za komuny pracował w Polsce.

– Gdańsk, Warszawa, Łódź, Łask, Bełchatów, Kraków – wylicza mi po kolei. – Zakopane, hotel Kasprowy. Do tego hotelu zjeżdżała Polonia z Chicago, pełny był. W Polsce wtedy komuna była, ciężko, a ja zarabiałem dobrze, to płaciłem, stawiałem drinki w barze w tym hotelu Kasprowym. U dziewczyn miałem wzięcie. Miałem taką jedną dziewczynę, Krysię, ach, jaka ona śliczna była, zabrałem ją do tego hotelu.

Później Hans pracował jeszcze w Rosji.

– Dobrze znam całą wschodnią Europę – opowiada. A skoro dobrze zna, to wie, że słowiańskie kobiety są najlepsze. Mają inną mentalność.

– Co to za mentalność? – dopytuję się.

– Takie prawdziwe są. Szczere – odpowiada. – Nie kłamią.

Hans mówi do mnie po niemiecku. Co nieco rozumiem. Obok, z lewej strony siedzi jego partnerka, Marusia z Moskwy i tłumaczy mi część na rosyjski. Po prawej stronie siedzi Maria, nasza gospodyni i tłumaczy mi część na polski. Tak oto w trzech językach zapoznaję się z historią życiową Hansa.

Są tu jeszcze Hiszpanie, Włosi, Senegalczyk. Sześć narodowości – wylicza Marusia. I zrywa się do tańca, razem z Marią i Senegalczykiem. Helmut, ale nie jubilat, tylko ten drugi, w spodniach od piżamy, chwieje się lekko od nadmiaru wina i powtarza w kółko, że tego hiszpańskiego musi się więcej uczyć. MP3 odtwarza znane przeboje, coś tam Shakiry, La camisa negra, Bamboleo, no ale przy Katjuszy słowiańska część gości nie może się powstrzymać i zaczynają się śpiewy. Tak od serca, ze słowiańską duszą. Senegalczyk patrzy się lekko przerażony.


Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *