Rzut klapkiem do basenu

Rzut klapkiem do basenu

Kariera w animacji trwała trzy dni. Skończyła się wielką awanturą, a Włoski Szef grupy chciał mnie pobić na oczach tejże grupy. Na szczęście nie był ani wysoki, ani silny, więc spokojnie dałabym mu radę, a przechodzący kelner i tak szykował się, żeby mi przyjść z odsieczą. Postanowiłam jednak, że nie będę więcej podążać tą ścieżką zawodową i raz na zawsze porzucę animację. Co do włoskich szefów, na przekór tamtym wydarzeniom, polecam. Obecnie mam szefa tej narodowości, przeuroczego. Mimo tych paru(dziesięciu) lat na moim karku nazywa mnie „bambina” i przynosi do pracy prawdziwą, włoską, zrobioną przez siebie pizzę.

Latem 2012 roku jeden z hoteli w Playa Blanca poszukiwał animatora-tancerza. Ja poszukiwałam pracy i tak oto razem z hotelem trafiliśmy na siebie. Animatorów zatrudnia znana w tej branży hiszpańska firma XXX i oferuje najgorsze warunki pracy, jakie do tej pory zdarzyło mi się widzieć na oczy (no dobrze, nigdy nie byłam w Chinach, tam zapewne jest gorzej). Z Costa Teguise, gdzie mieszkam, do Playa Blanca, gdzie znajduje się hotel, jest około 50 kilometrów. Bez samochodu dosyć ciężko, tym bardziej, że nie ma żadnego autobusu bezpośrednio łączącego obie miejscowości i przejechanie tych niecałych pięćdziesięciu kilometrów to wyprawa na co najmniej dwie godziny. Ach, no i trudno autobusem się wybrać, gdy pracuje się od dziesiątej przed południem do pierwszej lub drugiej w nocy i już żaden autobus nie jedzie. Ale nic to, bo hotel oferuje zakwaterowanie. Oficjalnie pokoje dwuosobowe, nieoficjalnie cztero-, ale po co tak skrupulatnie liczyć.

Pobudka około ósmej, dziewiątej, nie jest źle. Trzeba szybko wskoczyć w uniform. Szczęście mają ci, którzy na przywitanie dostali firmową koszulkę i gatki czyste, nowe i w odpowiednim rozmiarze. Niektórzy szczęścia nie mieli i przed ich pierwszym dniem pracy szefostwo wręczało im zapocony, poplamiony podkoszulek. Tak więc odziani animatorzy ruszali dziarsko do hotelu, noclegi mieli w bungalowach nieopodal. Po drodze wymieniali uwagi o tym, na ile euro okantował ich Włoski Szef grupy, pozbawiając ich procentów od sprzedaży płyt. Płyty, pirackie oczywiście, sprzedawało się wieczorami gościom hotelowym. A na płytach typowe przeboje animacyjne, kto choć raz był na wakacjach all inclusive, od Turcji, przez Egipt, aż po Hiszpanię, ten doskonale je zna i zaraz może zanucić kilka.

Po przekroczeniu bramy hotelu, animatorzy zaczynali się uśmiechać, wszyscy jak jeden mąż. Animator z zasady jest bowiem młody, energiczny, piękny, pełen życia i uśmiecha się radośnie do wszystkich gości hotelowych. Szybko nabiera się odruchu Pawłowa, na widok człowieka na horyzoncie zaczynasz się uśmiechać automatycznie, nawet jak się okazuje, że to bandzior i czyha na twoje życie. Razem, grupą, machając do wszystkich, animatorzy szli na śniadanie, później zebranie, na którym Włoski Szef i jego Włoski Zastępca przydzielali zadania. Mnie przydzielano do Absolwentki Psychologii z Węgier albo – oprócz mnie – Drugiej Polki. Prowadziłyśmy aerobik na basenie. Nigdy wcześniej nie przypuszczałam, że na pierwszych w życiu zajęciach z wodnego aerobiku na jakie trafię, od razu będę prowadzącą. Były też zajęcia z ciężarkami, wstęp do jogi. Albo zadanie „public relations”, czyli chodzisz między leżakami i pytasz opalających się Anglików, Hiszpanów i Niemców, jak się dzisiaj czują. Ot, takie leżakowe pogawędki. W moim pierwszym dniu pracy Włoski Szef oprowadził mnie oraz Nowego Hiszpana, który też właśnie zaczynał pracę, po hotelu, pokazał wszystkie baseny, dyskotekę, strzelnicę, korty i całą resztę. Dowiedzieliśmy się też, że w jednym z barów można się wody napić, ale tak bez zatrzymywania się. Wiecie, podchodzimy, napijemy się szybciutko i już dalej do roboty.

Około południa następowało clue programu, jedno z najważniejszych wydarzeń w ciągu dnia – gra o koktajl. Trzeba było ściągnąć turystów, wymyślić im jakieś zadanie, kto wygrywał, dostawał darmowego drinka. I wypijał go od razu jednym haustem na oczach gawiedzi, choć może wypijał to złe określenie, żeby być dokładnie wiernym faktom trzeba podkreślić, że Włoski Szef wlewał delikwentowi tego drinka prosto do gardła. Egzotyczne napoje ściekały po policzkach, zwycięzca upijał się w momencie, a widzowie bili brawo. Ja miałam szczęście, trafiłam na dzień, kiedy grę o koktajl prowadził sam maestro Włoski Szef. Ustawiał każdego z ochotników po kolei na jednym krańcu basenu, warunek konieczny – zawodnik musiał być odziany w obuwie typu „japonki”. Stawał taki delikwent zazwyczaj na lewej nodze, prawą robił zamach niczym Maradona przed strzałem do bramki i bach, klapek frunął nad basenem. I to jest właśnie ten moment, gdy stojąc obok i patrząc na latające klapki, przypomina ci się słynny refren: „i co ja robię tu, uuuuu, co ty tutaj robisz?”


2 thoughts on “Rzut klapkiem do basenu

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *