Rozważania z zakresu mechaniki samochodowej

Rozważania z zakresu mechaniki samochodowej

No i znowu okazało się, że życie jest nieco ironiczne i lubi zaskakiwać. Od kilku tygodni noszę się z zamiarem, by przygotować wpis o niezwykłych wulkanach w parku narodowym Timanfaya na Lanzarote. Zbieram materiały, szukam ciekawych historii dotyczących tego miejsca. I dokładnie w dniu, w którym pomyślałam – ok, to dziś, siadam i piszę – doszła do mnie wiadomość, że pracownicy centrów turystycznych na Lanzarote, muzeów, punktów widokowych itp. ogłosili strajk. Wszystkie ciekawe miejsca do zwiedzania zostały zamknięte, a turyści pocałowali przysłowiową klamkę. Protest sobie trwa, pracownicy i rządzący dyskutują, zarzucają sobie nawzajem różne rzeczy, jak to zazwyczaj z okazji strajku bywa. Nie wiadomo jeszcze, jak się sytuacja rozwinie. Jakoś mi tak niezręcznie opisywać wam uroki parku Timanfaya, podczas gdy nie wiadomo, kiedy będzie można go obejrzeć. Cóż, zatem zmiana tematu.

Dzisiejszy bohater będzie siedemnastoletni, czerwony, z wejściem na empetrójkę, ale bez możliwości słuchania płyt CD. Krótki, za to dosyć gruby i wysoki, silny, mocny, z napędem na cztery koła. Wepcha się w wiele nieodstępnych, trudnych miejsc, jednak niestety żre jak smok. Wiecznie jest głodny i wciąż trzeba mu dolewać do zbiornika.

– A tu jest moje kochanie – zachwycałam się nim, aż Młody Przystojny się denerwował.

– To jest tylko kupa żelastwa. Maszyna. Denerwuje mnie, kiedy niektórzy traktują samochody, jakby były ludźmi – Młody Przystojny wkurzał się nie na żarty.

Obserwując świat, dochodzę do wniosku, że są dwa typy ludzi. Jedni traktują samochody użytkowo, ma zawieźć, dowieźć, mało palić itp. itd. Inni zaś się zakochują, antropomorfizują, polerują na błysk, przywiązują emocjonalnie, nadają pieszczotliwe imiona, inwestują nieracjonalnie i uważają, że ich auto ma duszę. Ja należę niestety do tej drugiej grupy. Nieraz zdarzyło się czule westchnąć, pogłaskać w kierownicę albo i posłać buziaka w stronę deski rozdzielczej. Wyznaję to publicznie, choć z pewną taką nieśmiałością. Jedyne, co mnie tak ciut ośmiela, to świadomość, że jest nas więcej. Potwierdził to na przykład mail od jednego z przyjaciół z Polski:
„Kupiłem busika (…). Uwielbiam nim jeździć i patrzeć na niego z balkonu. Byłem nim na wycieczce w Budapeszcie. Jest to moja pierwsza miłość do samochodu. Myślę, że to zrozumiesz, bo wiem, jakie są Twoje relacje z Mitsubishi.”

Relacje są, jakby to powiedzieć, skomplikowane. Poczynając już od nazwy. Otóż, w całej Europie samochód ten funkcjonuje jako Mitsubishi Pajero. Poza Hiszpanią. Chodzi o to małe, nieszczęsne słówko pajero, które źle się tu kojarzy. Jest to słowo brzydkie, nieco wulgarne i znaczy, no znaczy właśnie, chodzi o to, że no… jest to taki pan, który sobie często sprawia radość. Własnoręcznie. Wiadomo więc było, że auto się tak w Hiszpanii nazywać nie może, przemianowane zostało więc na montero.

Wozi mnie dzielnie po wyspach, mieszkało ze mną na Lanzarote, Fuerteventurze i Gran Canarii. Odwiedziliśmy razem wiele plaż, pojeździliśmy po górach i wulkanach. Przemierzyliśmy szerokie, asfaltowe szosy i szutrówki aż na samo południe Fuerteventury. Pływaliśmy na promach między wyspami. Mocne jest i silne, ale ze względu na wiek, wiadomo, coś mu się tam od czasu psuje. I tak już po pierwszej wizycie u mechanika, uświadomiłam sobie, do którego z mężczyzn na tym pięknym globie powinnam się zwracać per: najdroższy.

Samochód bardzo dużo je. Jest wiecznie głodny. Czuję się jak umęczona matka, która ciągle musi wyruszać na polowanie, by zgarnąć jakiś smaczny kąsek. Tym bardziej, że po ostatnich problemach żołądkowych, czyt. z systemem paliwowym, zalecenie mechanika było takie, żeby lać tylko benzynę 98, zamiast tańszej dziewięćdziesiątki piątki. Że taka jest bardziej gourmet. A jeżdżąc codziennie do pracy niemal sześćdziesiąt kilometrów w jedną stronę, konsumujemy tego paliwa sporo.

I tak sobie myślę, tak dumam. Może czas dorosnąć. Może z grona zakochanych, nielogicznych przejść do tych zdroworozsądkowych. I przesiąść się do jakiegoś, Boże uchowaj, fiata pandy. Do tańszego w obsłudze i utrzymaniu auta o bezpłciowym kolorze. To byłoby takie dorastanie. Kolejny argument jest taki, że coraz więcej pieniędzy wydaję na paliwo lotnicze. Tzn. nie ja, tylko pilot, ale coś czuję, że mi to wrzuca w koszty biletów. I taki to dylemat.

Już więc prawie podejmuję decyzję, że sprzedaję w cholerę. I tylko ten lęk, że obudzę się kiedyś jak Sheldon, który zamienił swoją ukochaną fizykę na… No właśnie.

PS. To nie jest wpis sponsorowany.


Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *