Przylot

Przylot

Chmury nad Małopolską, tuż po tym jak samolot wystartuje z lotniska w Balicach, są tym razem wyjątkowe. Gęste, puchate, białe jak wata cukrowa, cały wszechświat złożony jest z tych chmur i zapewne można by się przekonać, że są miękkie, gdyby tylko można było ich dotknąć. Wyglądają zupełnie jak obłoki, przez które leciał Atreyu na – równie białym i kudłatym jak te obłoki – smoku Falkor w Niekończącej się opowieści.

Dobrze, że lot jest tym razem o ludzkiej porze, w środku dnia, ani wcześnie rano, ani późno w nocy, dobrze, że jest miejsce od okna i nie przy skrzydle. Reszta jest mniej więcej jak zawsze: miła obsługa, podła kawa, Polacy lecą na wakacje, Hiszpanie wracają z wakacji, nie wiadomo, po co lecą Włosi, tyłek boli od siedzenia ponad pięć godzin.

Polska z widziana z góry jest zielona, nieskończenie zielona, pocięta w szachownicę prostokątnych pól. Gubię się, jaką trasą dokładnie lecimy, bo dwa razy opuszczamy ląd i trafiamy nad wodę. Już powiedziałam sobie w myślach: no to pa Europo, teraz ocean; a tu nagle znowu lecimy nad lądem stałym. Może ten samolot z Krakowa na inną trajektorię niż ten z Warszawy i kieruje się od razu bardziej na południe, trafiając tym samym po drodze nad Morze Śródziemne? A może po prostu trasa na Gran Canarię jest wytyczona inaczej niż na Fuerteventurę? Na przykład, lecąc z Berlina na Fuerteventurę przecina się Francję, Hiszpanię, Portugalię i hop nad ocean wzdłuż marokańskiego wybrzeża. O żadnym Morzu Śródziemnym nie ma mowy.

Jak człowiek jest wciśnięty na siedzeniu pod oknem, a Hiszpanie obok śpią i nie za bardzo można łazić wte i wewte, jedną z rozrywek pozostaje czytanie. I kawa. I gapienie się na chmury. I na współpasażerów. I nie wiadomo co jeszcze.
Przy lądowaniu, gdy samolot zniża się blisko oceanu, zawsze jest ten lekki dreszczyk, że pilot się pomyli i trafi w taflę wody. Szczególnie gdy się leci na Lanzarote, gdzie pas do lądowania jest przy samej plaży. Teraz z góry pięknie widać maleńką La Graciosę, czarną, wulkaniczną Lanzarote, suchą, pustynną Fuerteventurę. Za Gran Canarią wyłania się Teneryfa ze swoim najwyższym szczytem El Teide.

Pilot trafił. Samolot osiada gładko na pasie, publiczność, pardon, raczej pasażerowie biją brawo. Bienveniods a Gran Canaria.


Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *