Przeprowadzki i nadmiar klamotów

Przeprowadzki i nadmiar klamotów

Tych rzeczy jest zdecydowanie za dużo. Blender, drewniana deska do krojenia, wielka kołdra, poduszki, dwa laptopy, z czego o jednym nie wiadomo, czy wciąż jeszcze działa, sześć torebek damskich, mapa świata, kafeterka, stos książek, choć przecież nie ma nic do czytania, płyty CD przewożone z miejsca na miejsce, mimo iż muzyki słucha się już tylko w formacie mp3, kubki, ale te koniecznie trzeba mieć, bo są z polskim folkowym wzorem, takiego skarbu to ja tu przecież nie znajdę. Za pierwszym, drugim razem to nawet jeszcze człowiek nie przeprowadza tak ostrej selekcji, no bo jak wyrzucić bilet lotniczy z Marrakeszu do Krakowa albo tego kasztana przywiezionego z Polski trzy lata temu. Ale gdy się to wszystko spakuje po raz trzeci, czwarty, piąty, żeby przewieźć na drugi koniec miasteczka albo na inną wyspę, z tego zmęczenia od dźwigania tobołów i ładowania ich do samochodu, stopień zmelancholizowania zdecydowanie maleje, wzrasta inny stopień, łagodnie mówiąc – zdenerwowania. I wszystkie karteluszki składane od lat, lądują w koszu. Bez sentymentów. Nawet bilety wstępu do berlińskich muzeów.

Życie na emigracji i liczne przeprowadzki uczą niezwykle skutecznie, że do życia nie potrzeba wielu przedmiotów. Wręcz przeciwnie. Że na co dzień cierpimy na chorobę nadmiaru. Detoks trwa oczywiście przez jakiś czas. Można sobie pójść do sklepu, popatrzeć na te wszystkie bibeloty, pierdółki, świeczniki, podstawki, mebelki, szklaneczki. Już człowiek sięga odruchowo do portfela, gdy nagle nadchodzi wizja – a teraz owijamy to wszystko w gazetę, wsadzamy do kartonów, taszczymy do auta i wieziemy. Od razu wszystkie te rzeczy tracą na uroku. To ograniczanie przedmiotów nie wpływa jednak jakoś specjalnie na poprawę stanu finansów. Wszelkie zaoszczędzone w ten sposób pieniądze wydawane są niemal natychmiast na kolejne bilety lotnicze oraz kolacje w knajpkach z widokiem na ocean.

Pierwszy szok przedmiotowy przychodzi, gdy trzeba się wyprowadzić z Polski. Samolotem, bo nie ma opcji, żeby to wszystko przewieźć samochodem. Trzeba by przejechać pół Europy, dotrzeć do Kadyksu by tam wsiąść na prom i płynąć jeszcze ponad tysiąc kilometrów na południe wzdłuż afrykańskiego wybrzeża, aż na Wyspy Kanaryjskie. Za długo, a przede wszystkim za drogo. Pozostaje więc jedyny luksus, dwa bagaże nadane. A na środku pokoju krakowskiego mieszkania góra przedmiotów. I na co teraz ten piękny wiklinowy kosz, pięć tysięcy torebek, kocyki, pledziki itp., itd. Później życie na emigracji zaczyna się znów od gromadzenia rzeczy, jeszcze tak rozpędem, z przyzwyczajenia. Z czasem jednak czujność się wyostrza, a spece od marketingu mają coraz trudniejszą robotę.

Nie chodzi o to, że niefajnie jest kupować nowe przedmioty. Mieć je i posiadać. Nie chodzi o to, żeby było brzydko i pusto jak w celi. Chodzi raczej o to, żeby zamiast rzeczy kolekcjonować wspomnienia.

przeprowadzki

Podczas jednej z przeprowadzek.


Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *