Powiedzmy sobie to głośno

Powiedzmy sobie to głośno

Smutek i nostalgia, jasny szlag lub też najtrudniejsza w życiu lekcja cierpliwości. Wdech, wydech, jestem niczym niewzruszonym kwiatem lotosu, wdech, wydech. Różnice kulturowe między krajem, z którego się pochodzi, a krajem zamieszkania to nie tylko fascynująca przygoda, ani nowe ciekawe perspektywy. Czasem to orka na ugorze.

Na samym początku mojego pobytu na Lanzarote, dobrych kilka lat temu, znalazłam na lokalnym portalu ogłoszenie o naborze do tworzącego się właśnie chóru, tudzież zespołu. Pewien muzyk chciał stworzyć grupę, która będzie śpiewać i grać. Zapraszał na spotkanie wszystkich chętnych, ot, żeby zobaczyć, jak można rozwinąć taką inicjatywę. Spotkanie to odbywało się, ku mojemu zdziwieniu, w knajpie.

– Dziwne takie przesłuchanie w lokalnym barze – pomyślałam sobie. – To nie najlepsze warunki, żeby ocenić, jak ludzie śpiewają, no ale cóż, może to jakieś ciche miejsce i właściciel nie ma nic przeciwko, żeby nagle grupa ludzi zaczęła się produkować – snułam swoje rozważania.

I tak oto trafiłam na przesłuchanie muzyków amatorów, na którym to przesłuchaniu nikt niczego nawet nie zanucił. Inicjator całego przedsięwzięcia zaczął opowiadać, jak on sobie taki zespół by wyobrażał i zachęcił, by każdy się wypowiedział. A że wszyscy mieli dużo przemyśleń, wyobrażeń i refleksji zaczęła się dyskusja. Ludzie ochoczo zaczęli opowiadać o swoim zamiłowaniu do muzyki, jak ich poruszają nuty i dźwięki, jak przy śniadaniu i kolacji ciągle coś śpiewają, jaki trzeba by stworzyć zespół z pasją. Długo bardzo to trwało, emocji było było sporo i pasji, i zwierzeń nawet. Ciągle tylko nurtowała mnie ta myśl – kiedy wreszcie zaczniemy śpiewać? Po jakichś trzech czy czterech godzinach doszłam do wniosku, że chyba przez przypadek trafiłam do grupy dyskusyjnej a nie muzycznej i pożegnałam się z uczestnikami. Tak oto nie rozwinęła się moja kariera wokalna na Wyspach Kanaryjskich.

Kolejna scena – cytując frapujące programy telewizyjne – z życia wzięta. To już na Gran Canarii. Próba taneczna, szlifujemy choreografię na kilka tygodni przed występem. Tak się złożyło, że nauczycielki jednak nie będzie i tancerki muszą trenować same. Zanim jednak zaczniemy tańczyć, trzeba wyjaśnić wszystkie wątpliwości co do układu tanecznego. Czy tam było w prawo, czy w lewo, nóżką fik, czy biodrem bam, czy jednak szybki obrót. Mija pierwsze pół godziny próby, nie zabrzmiał ani jeden takt muzyki, żadne ciało nie zaczęło tańczyć, nawet kosteczka żadna, ani pukiel włosów żaden.

Wszystkie tancerki mówią naraz, nie słuchają się nawzajem, ktoś zawsze coś wcina nie na temat. Dużo się gestykuluje, głośno mówi. Nie mam najmniejszych szans, żeby coś z tego zrozumieć. Godzina próby, trzyminutowa choreografia odtańczona raptem trzy razy, poza tym długie dyskusje. Wychodzę z bólem głowy, niestety bez zakwasów w mięśniach. I staram się jakoś ogarnąć tę hiszpańską cechę, ten rys mentalności – oni tak bardzo kochają mówić.

Mówią, dyskutują, wymieniają się opiniami, zwierzają na dzień dobry. Wszystko trzeba omówić, a omawianiu danej czynności poświęca się osiemdziesiąt procent czasu, który w ogóle ten czynności poświęcamy. Mówić należy oczywiście głośno. Jeśli się jest w dobrym humorze, należy krzyczeć. Będąc w grupie kobiet większej niż trzy, należy krzyczeć do wszystkich obecnych kobiet, że świetnie wyglądają i po prostu ¡u lala, mi niña! Spotykając znajomego na ulicy, należy się rozgadać minimum przez pół godziny, wszędzie potem spóźnić, no ale się przecież kogoś po drodze spotkało i niegrzecznie by było dzień dobry nie powiedzieć. Zanim się przystawi drabinę do ściany, ziemniaki zacznie obierać albo zamiatać w korytarzu, trzeba to wcześniej omówić i niech każdy się wypowie, co o tym sądzi. I na litość boską, niech wszyscy mówią jednocześnie!

Hiszpańska rozmowa


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *