Popołudnie w ogrodzie

Popołudnie w ogrodzie

To mogłaby być scena z jakiegoś filmu. Ogród. Lipiec. Ciągle jeszcze to pierwsza połowa lata. Gorąco, jest może ze dwadzieścia osiem stopni, ale w ogrodzie w cieniu rozłożystej lipy, przyciętej tak, by jej korona układała się na kształt obszernego parasola zawieszonego nad stołem, nie czuje się aż tak bardzo upału. Agrest i porzeczki dojrzewają cierpliwie na grządkach pod płotem. Liście lipy oraz rosnącej dalej, pośrodku ogrodu ogrodu wiśni kołyszą się i szumią w podmuchach wiatru. Uporczywa mucha kręci się nad stołem, brzęcząc bez ustatnku. Kwiaty, trawa, rosnące przy ścianie domu drzewo figowe – nigdy nie pomyślałabym, że figa moża obrodzić owocami w tym klimacie – wszystko tętni, pulusuje i huczy letnim życiem.

Herbata parzy się w dzbanku z przykrywką nie od pary, pożyczoną z innego stołowego kompletu, będącą de facto przykrywką od cukiernicy. Ta oryginalna stłukła się jednak, a herbata, wiadomo, ma swoje wymagania co do rytuału parzenia. Dźwięk nalewanego do filiżanek napoju wplata się w szum liści i śpiew ptaków. Nigdy nie nauczyłam się rozpoznawać, które trele należą do jakich gatunków. Śpiewem ptaków muszę więc zachwycać się zupełnie po amatorsku, naiwnie, nie rozróżniając, który z artystów właśnie daje koncert.

Brzęk filiżanki o porcelanowy spodeczek, tyłek mości się wygodnie na ogrodowym krześle, nogi wyciągają się na krześle stojącym obok. Głowa – ta jest chyba najbardziej zadowolona. Nie musi dziś niczego opracowywać i rozstrząsać, nie musi robić nic. Obraz bujnej dzieleni docierający do niej za pośrednictwem szeroko otwartych oczu działa na nią kojąco niczym najlepszy kompres. Zajęta na co dzień intensywnym przetwarzaniem nadmiaru informacji, analizowaniem, wyciąganiem wniosków, unikaniem ryzyka, kalkulowaniem i całym tym główkowaniem rozłożyła teraz wygodnie szare komórki, neurony, połączenia i synapsy, korę, ciało migdałowate, całą tę ferajnę rozścieliła wygodnie z widokiem na zieleń. Mogłaby się przecież ruszyć, coś zrobić, wszak jest w podróży, w Niemczech, niepodal Frankfurtu, postudiowałaby chociaż mapę i topografię terenu. Ale jest jej zbyt wygodnie, zbyt błogo. A gdy ona się relaksuje od razu idą za nią płuca oraz wszystkie mięśnie.

Nie ma nic więcej. Nic więcej nie jest do szczęścia potrzebne. Ten ogród, to lato, ta podróż i ten brzęk porcelany.


6 thoughts on “Popołudnie w ogrodzie

  1. Ogród. Lipiec. Ciągle jeszcze to pierwsza połowa lata. Gorąco, jest może ze dwadzieścia osiem stopni, … To mogłaby być scena z jakiegoś innego filmu. Ale to jest scena z filmu „Życie i podróże Edyty Tkacz”, Edyta Tkacz w roli Edyty Tkacz, główny reżyser filmu Edyta Tkacz.

    1. No na to jeszcze czeka mnie kilkadziesiąt lat zbierania materiału. Ale jasne, czemu nie! Dzięki za podpowiedź 😉

  2. I nagle…tak się pięknie zachmurzyło, ściemniło, i z nieba zaczął padać drobny kapuśniaczek, który wkrótce przerodził się w letnią ulewę. Tak, tak ja to widzę:-)

    1. Pięknie to widzisz!
      Dopiero dzisiaj zaczęło padać. Ranyjulek, ile ja się wyczekałam na deszcz! Cudownie, już się bałam, że do domu będę musiała wrócić deszczu nie uświadczywszy i znowu długie miesiące na sucho przeżyć. Teraz sobie lekko plumka, czekam na prawdziwą letnią burzę. 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *