Polityk, a nie obiecuje

Polityk, a nie obiecuje

W dniu, w którym w Polsce odbywały się wybory prezydenckie, w Hiszpanii były akurat wybory do lokalnych samorządów. Przez jakiś czas przed wyborami jeździły po całej gminie La Oliva na północy Fuerteventury takie samochody-katarynki. Jakiś taki odpowiednik starego polskiego żuka przemalowany w dziwne barwy, pooboklejany plakatami i z megafonem. A z tego megafonu potwornie głośno leciała muzyka, która wypisz wymaluj przypomina nasze swojskie disco polo, wymyśliłam sobie nawet termin canary disco. Skoczne melodie z refrenem Partido progresista majorerooooo, czyli Postępowa partia mieszkańców Fuerteventury. Za każdym razem, jak przejeżdżał ten samochód, a jeździł wszędzie – jak byłam w domu, w pracy, na spacerze, na zakupach, na imprezie – przypominało mi się, kiedy w Polsce po osiedlu jeździł żuk i kierowca krzyczał: marchew, ziemniaki, cebulaaaa. Widać tak się sprzedaje polityków w Hiszpanii jak w Polsce warzywa.

Kandydował między innymi urzędujący już wcześniej burmistrz, na którego wszyscy mówią marqués, czyli markiz. Jak mi wyjaśniła kiedyś Francuza Marion, markiz słynie z tego, że ma swoją firmę instalującą uliczne latarnie. Gdy była lub jest jakakolwiek inwestycja publiczna, buduje się drogę lub chodnik, to markiz zawsze tam stawia te swoje latarnie. Jeszcze asfaltu nie ma, ledwo plany dopiero co wyrysowane, ledwie robotnik się obudził rano, by iść budować drogę, a las latarni już stoi. Część z tych dróg nie wybudowano do końca, więc jak się jedzie z La Olivy do Corralejo albo pochodzi po obrzeżach miasteczek to można trafić w miejsca pełnie niczego i latarni. Które oczywiście nie świecą. Ale widać lud kanaryjski chciałby być dobrze oświecony, bo markiz wybory wygrał.

Jego kontrrkandydatką była pani, która nie ma jeszcze żadnej ksywy wśród mieszkańców. Miała ona wnieść świeżość i zmiany w zastałej gminie. I tu trochę się gubię, bo przecież markiz jest z partii, która ma w nazwie słowo „postępowa” i jest burmistrzem od wielu lat. Powinno być więc już od dawna postępowo a nie jest, no może poza latarniami. Widać w Hiszpanii, jak i w Polsce lewica nie jest lewicowa, liberałowie nie są liberalni, a postęp nie jest postępowy.

Pewnego dnia, gdy byłam w pracy w Corralejo, zajrzała do mnie kontrrkandydatka ze swoimi asystentami, bo akurat robiła obchód ulicy. Wręczyła mi ulotki i zaczęła agitować, pomyślałam sobie, że jest okazja, by się wreszcie dowiedzieć, więc spytałam:

– A ja jestem obcokrajowcem, tylko tu mieszkam. To mogę głosować?
– Normalnie można. Ale trzeba się było zarejestrować. Teraz już za późno – odparła.

Chciałam więc zgłosić postulat, by w przyszłości lepiej przygotowano informacje dla obcokrajowców i w ogóle jeszcze z panią pogadać, ale nagle straciła mną zainteresowanie. Odwróciła się na pięcie i poszła, za nią jej asystenci. I niczego mi nawet nie obiecywała. Że politycy czasem kłamią, oszukują, gadają głupoty, nie wiedzą, o czym mówią, to wiem. Ale żeby niczego nie obiecywali, to mi się jeszcze nie zdarzyło.


One thought on “Polityk, a nie obiecuje

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *