Polak Niemiec dwa bratanki

Polak Niemiec dwa bratanki

Nauczycielka Tańca nie przyszła, coś bardzo ważnego jej wypadło. Dziewczyny mają same przeprowadzić próbę i przypomnieć sobie opracowaną ostatnio choreografię.

– Dita – tak Hiszpanie wypowiadają moje imię, za nic nie potrafią wypowiedzieć Edyta – lewa ręka na biodrze, prawą unosisz nad głowę, kiedy w muzyce włączają się skrzypce. Obracasz się o sto osiemdziesiąt stopni i dwa razy biodrami, dum, dum – jedna z dziewczyn tłumaczy mi choreografię.

– Etita – słyszę kolejną wersję mojego imienia – dwa kroki w prawo. Musisz pamiętać! – druga tancerka, nie daje pierwszej dokończyć wyjaśnień odnośnie początku choreografii i nagle zaczyna mi tłumaczyć samo zakończenie tejże choreografii.

– Nie! Tam są trzy kroki w prawo – pierwsza tancerka wchodzi w słowo drugiej. Zapominają o mnie i zaczyna się dochodzenie, ile tam było kroków, w którą stronę odwrót i o czym my właściwie mówimy. Ale nie będę się tu czuć samotna, bo zaraz kolejna czuje potrzebę, by czegoś mnie nauczyć i nalega:

– Atita, ręce wyżej! Wyżej, o tak – gestykuluje i macha mi dłońmi przed nosem.

Hałas nie z tej ziemi, jedne dyskutują czy tam trzeba w prawo czy w lewo, inna coś kolejnej tłumaczy, kolejna coś tłumaczy mnie. Gdy się ten chaos wreszcie co nieco ogarnie, włączą muzykę i zaczynamy tańczyć, nie wiadomo, która pokazuje i wyjaśnia, i której słuchać, bo gadają naraz jedna przez drugą. Czuję, jak moja potrzeba porządku i konstruktywnej pracy w zetknięciu z kanaryjskim modelem twórczości podnosi mi ciśnienie. Mocno, bardzo mocno. Nic nie mówię, bo Kanaryjczyk nie wybucha, a przeciwności losu znosi zazwyczaj, będąc miłym i uśmiechniętym. Nic nie mówię. Tylko patrzę. I coś musi po mnie być widać, bo pierwsza z tancerek mówi:

– O, nasza Dita jest zupełnie jak Helga – uśmiecha się.

I bardzo słuszne to porównanie, myślę sobie o Heldze z sympatią i wyobrażam sobie, jak ona, Niemka z krwi i kości, która ordnung ma we krwi, musi cierpieć na tych kanaryjskich zebraniach. Nie chodzi bowiem tylko o tę szkołę tańca i te dziewczyny, ale generalnie o pewien typowy sposób organizacji albo – lepiej to ujmując – dezorganizacji.

Dziwne się zmiany bowiem dokonują w głowie Polaka, gdy przeprowadza się na Wyspy Kanaryjskie. Polska, kraj chaosu, ułańskiej fantazji i fuszerki, zaczyna jawić mu się jako ostoja stabilności, konkretu oraz precyzyjnego planowania w zarządzaniu.

– Od kiedy zdałam sobie sprawę, jak wygląda sytuacja w Hiszpanii, przestałam mieć kompleksy dotyczące polskiej polityki i organizacji tak generalnie – podsumowuje Krakowianka, która po czterech latach na Lanzarote postanowiła wrócić do Krakowa. – Naprawdę mamy dość dobrze poukładany kraj.

Po odkryciu, że nie taki Polak chaotyczny i emocjonalny, nadchodzi kolejne jeszcze bardziej szokujące. Otóż, zdecydowanie bliżej nam do Niemców niż do Hiszpanów i nie chodzi mi tu o geografię, tylko o mentalność. Generalnie, blisko nam do Niemców. Bardzo blisko.

– Jak mnie to męczy, że tu nic nie można szybko załatwić – mówiła jedna z Polek na Lanzarote, która przed swoją kanaryjską emigracją dużo czasu spędziła na niemieckiej emigracji. – Zanim jakiś urząd ci odpowie, zanim zapadnie jakaś decyzja, to tyle trwa i trwa. Chciałabym coś zrobić, mam pomysły, wszystko przygotowane, ale nie mogę, bo muszę czekać na odpowiedź.

I tak to czekała i zamartwiała się planowała zamiast wzruszyć ramionami, powiedzieć sobie, że jest, jak jest, wyłożyć się na plaży i patrzeć w obłoki. Tak, tak, drodzy Państwo, jesteśmy bliżej Niemiec niż nam się wydaje. I – po upadku komunizmu – coraz bardziej lubimy ordnung, czyli porządek.

Kwadratowa głowa – tak Hiszpanie nazywają Niemców i nie jest to bynajmniej komplement. To pejoratywne określenie na niemieckie przywiązanie do zasad i ściśle ustalonych reguł. Pewnie, każdy Polak przyzna, że sztywne reguły to nuda. Do czasu, aż będzie coś próbował załatwić w kanaryjskim urzędzie. Wtedy zaczyna Polaka ograniać dziwna tęsknota za naszymi zachodnimi sąsiadami. I żeby było, jak u nich, kwadratowo.

Nawet z tym, na którą trzeba przyjść, nie można dojść do ładu. Tajniki tego południowoeuropejskiego podejścia do czasu wyjaśniła mi pewna Włoszka na Fuerteventurze, która notabene umówiła się na jakieś spotkanie z Niemcami.

– I oni się domagali, żebym powiedziała, o której dokładnie przyjdę – mówiła mi oburzona. – No jak przyjdę, to będę. Przecież nie wiem jeszcze, o której tego dnia wyjdę z domu, to skąd mam wiedzieć, na którą dotrę. Może za pięć piąta, może o piątej, a może piętnaście po. A jeśli oni przyjdą wcześniej, to niech poczekają, co za problem? No co za problem?

Takie domaganie się konkretnej odpowiedzi i punktualności odbierała jako brak szacunku. My zaś, na odwrót, spóźnianie się odbieramy jako brak szacunku. Pomieszanie z poplątaniem.

W tej całej sytuacji najlepsze jest jednak zachowanie kanaryjskiego spokoju i luzu. Tę tajemnicę posiadł Młody Przystojny, który tak tłumaczył swoim turystom na Fuerteventurze:

– Do Costa Calma dojadą Państwo autobusem. Wprawdzie jest rozkład jazdy, ale nie należy się do niego za bardzo przywiązywać. O której przyjedzie autobus, to wiedza tajemna, dostępna tylko kierowcy. Udając się na przystanek, należy zabrać ze sobą coś do czytania, telefon albo interesującego towarzysza rozmowy.

I to jest, proszę Państwa oręże do walki z własną niecierpliwością.


Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *