Maroko

Maroko

Tekst mojego autorstwa, który ukazał się na łamach Gazety Krakowskiej.

 

Mały skok do Maroka.

W listopadowym słońcu, gdy na południu Maroka temperatura dochodzi do 30 stopni, turyści z opalonymi na różowo twarzami narzekają, że jest gorąco. Marokańczycy dziwią się: gorąco? Jest chłodno, przecież idzie zima.
Żeby przeżyć w Maroku, trzeba nauczyć się targowania. Przyspieszony kurs przechodzimy, gdy o 23 lądujemy w Tangerze. Od razu obstępuje nas – grupę turystów z plecakami i zdezorientowanymi minami – chmara miejscowych. Ktoś ma szwagra, który prowadzi miły hotel, ktoś inny taksówkę. Zasada jest prosta: im bardziej niezdecydowany turysta, tym więcej naganiaczy rusza w jego stronę.
Gdy docierasz do Maroka, zdajesz sobie sprawę z jednej rzeczy – nie zdążysz zobaczyć wszystkiego. W Casablance, znanej ze słynnego filmu z Humpreyem Bogartem i Ingrid Bergman, jest drugi co do wielkości gmach sakralny na świecie po Mekce. W Fezie są słynne na cały świat garbarnie, gdzie skóry wyprawiane są tą samą metodą od setek lat. Marrakesz ma słynny plac Jemaa el-Fna, który nocą wypełnia się dźwiękami afrykańskich bębnów. Marrakesz ma też mury miejskie, które w zależności od pory dnia, zmieniają barwę. Jest też Jebel Toubkal – główny cel naszej wyprawy – najwyższy szczyt Maroka i jednocześnie najwyższy szczyt Afryki północnej.
Góry Atlas to ziemia Berberów. Kiedy próbujesz mówić do nich po arabsku, używając kilku wyuczonych wcześniej słów, od razu reagują: Nie jesteśmy Arabami – mówią. Wioska Imlil, do której docierają wszyscy, którzy chcą zdobyć Jebel Toubkal, położona jest na zboczach Atlasu Wysokiego, 64 kilometry od Marrakeszu. Przed sklepikami i straganami stoją Berberzy, uśmiechają się szeroko i zapraszają “come to my shop, just look”. Można tam kupić berberyjskie stroje, biżuterię, jedzenie albo… odcięte kozie głowy.
W Imlilu zatrzymujemy się u Ahmeda i jego brata. Podczas pobytu w jego domu widujemy przeważnie tylko mężczyzn. Mężczyźni podają do stołu, przynoszą tradycyjną miętową herbatę. Żona Ahmeda pojawia się tylko raz.
U Ahmeda można wynająć osiołka, który do schroniska pod Toubkalem wyniesie bagaże. Rezygnujemy z osiołka, później na szlaku okazuje się, że to typowa polska decyzja. Jeśli pod drodze do schroniska mija się kogoś, kto taszczy swój bagaż na plecach, można do niego bez obawy zagadać po polsku. Trasa do schroniska jest prosta, ale długa i żmudna. W schronisku pracują sami mężczyźni.
– U nas kobiety nie muszą pracować – tłumaczy kierownik schroniska.
Następnego dnia ruszamy na szczyt. Najwięcej trudności sprawia piarg – okruchy skał, którymi usłane są całe zbocza. Przy dużym nachyleniu, za każdym razem, gdy robię krok, zjeżdżam w dół po drobnych kamyczkach. Na szczycie Toubkala leży trochę śniegu i jest ciepło niczym w maju w Polsce.
Nasza ekipa na szczycie Jebel Toubkal.
Teraz czas na pustynię. Podróż z Warzazatu na pustynię trwa niemal cały dzień. Z czasem droga staje się coraz węższa, na asfalcie mieści się tylko jeden samochód. Gdy docieramy na pustynię, czekają na nas wielbłądy. Każdy turysta ma zapewnioną przejażdżkę wokół wydm. Wielbłądy idą spokojnie, uwiązane jeden za drugim, prowadzi je 10-letni chłopiec.
W tym czasie Berberzy w namiotach szykują tażin – tradycyjną marokańską potrawę. Przeważnie jest to duszone w sosie mięso i warzywa, przygotowuje się je w specjalnym naczyniu – głębokim glinianym z przykrywką w kształcie stożka.

Czas wracać do zimnej Polski. Gdy samolot wzbija się w powietrze nad Marrakeszem, z góry widać czerwień. Czerwona jest sucha, skalista ziemia, na której nie urośnie żadna trawa, czerwone są domy i główny meczet w mieście El-Kutubija, i mury miejskie.

Tu możecie przeczytać tekst na stronie polskatimes.pl