Gruzińskie opowieści

Gruzińskie opowieści

Gruzja to kraj dla tych, którzy lubią podróżować dokładniej, a nie tylko rzucić okiem i pojechać dalej. To kraj wagabundów, włóczęgów, turystów z plecakiem, poszukiwaczy przygód. Trzeba się spieszyć, by tam pojechać, bo już wkrótce, pewnie za parę lat kapitalistyczna komercja turystyczna opanuje Gruzję. Będzie miło, sympatycznie i nieautentycznie jak w wielu krajach Europy Zachodniej, w której, gdziekolwiek by się nie znalazło, meble z Ikei wyglądają tak samo, cafe latte smakuje identycznie i nawet płytki chodnikowe są takie same. To zresztą typowa różnica między wschodem a zachodem Europy. Nie tak rozwinięty ekonomicznie wschód zachował jeszcze co nieco ze swego swego lokalnego kolorytu.

Nie więc co marudzić i się zastanawiać, warto już zaplanować podróż. Z tym nie ma żadnego problemu, Polska ma już bowiem połączenie lotnicze z Kutaisi. A tam, na niewielkim lotnisku międzynarodowym, które wypełnia się turystami z plecakami, kierowcy busów sami oferują przejazd i pytają, dokąd zawieźć. My wybraliśmy kierunek góry, których tym kraju nie brakuje, a konkretnie region zwany Swanetia. Krótkie negocjacje z kierowcą – w Gruzji warto się targować – i zgodził się nas zawieźć do miasteczka Mestia, głównego ośrodka w Górach Swaneckich.

Już pierwsze chwile utwierdzają nas w przekonaniu, że nie jesteśmy w granicach Unii Europejskiej z jej standardami i systemami obsługi klienta. Kierowca pyta, czy by nam nie przeszkadzało, że on po drodze wpadnie na chwilę do domu, żeby się przebrać. Tak lądujemy gdzieś, nie wiadomo gdzie, na wsi, kręcąc się po wąskich niesafaltowanych uliczkach, obsadzonych rzędami domów, a przy każdym z domów, w ogrodach, bujne gaje winnej latorośli. Jest wcześnie rano, ledwo co zaczyna świtać. Zupełnie nie po europejsku baraniejemy też, gdy kierowca podczas długiej trasy w góry pali papierosy. A w Mestii na głównym placu już czeka na nas znajomy naszego szofera, oferując kwaterę. Tutejszy, swojski, sąsiedzki i braterski marketing działa bez zarzutu. Każdy ma jakiegoś brata, kuzyna, znajomego, który podpowie turystom, co i jak, zawiezie, pokaże, podpowie. Język angielski nie jest tu za bardzo przydatny, chyba że w rozmowie z młodszym pokoleniem, nastolatkami. Trzeba odkurzyć sobie dawno zapomniane zwroty z rosyjskiego. Tak trafiamy pod skrzydła polecanego przez naszego szofera Wołodii oraz jego rodziny.

Takie widoki mieliśmy z ogrodu naszego gospodarza w Mestii, u którego rozbiliśmy namioty.

Rozbijamy namioty w ogrodzie. Nasz gospodarz mieszka razem z żoną, synem, synową i maleńką wnuczką. Wołodia jest typowym góralem swaneckim, charakterem, o którym się naczytaliśmy, studiując przewodniki i blogi podróżnicze o Gruzji. Dumny, honorowy, twardy, silny facet – ma ponad sześćdziesiąt lat, ale bije nas wszystkich na głowę w podnoszeniu się na rękach, wyglądamy przy nim jak słabe kurczaki – który mimo swojej siły, tego bycia gruzińskim „maczo”, nie boi się też pokazać wrażliwej natury. Ta ujawnia się na przykład podczas bardzo ważnego w Gruzji zwyczaju, wznoszenia toastów. Wołodia, jako mistrz ceremonii, przemawia długo, uroczyście i pięknie, momentami ze łzami w oczach, poetycko wysławiając się o swojej żonie, bez której, jak podkreśla, nie byłby tym, kim jest. To znowu wznosi toast za ojczyznę, to znów za pokój, to za przyjaźń między Gruzinami, Polakami i Ukraińcami, nie mogło zabraknąć żadnej narodowości, której przedstawiciele siedzieli przy stole. I tak zwykła zdawałoby się kolacja w restauracji przemienia się w prawdziwą, uroczystą ucztę.

Swanetia, ziemia rodzinna naszego gospodarza, to region przepięknych gór, po których można chodzić nieustająco, przyrody, niesamowitego smaku chleba pieczonego w wiejskich piekarniach, bez żadnych sztucznych dodatków i chemii, region niesamowitej architektury z charakterystycznymi basztami obronnymi przy każdym domu. Oprócz samej Mestii i trekkingu w okolicach warto też wybrać się do niewielkiej wioski Uszguli, z której rozpościera się fantastyczna panorama na najwyższy szczyt Gruzji – Szcharę.

Wioska Uszguli, a za nią w tle Szchara, najwyższy szczyt Gruzji.

Jednak Swanetia to niejedyny gruziński region słynący z pięknych gór. Nieco inne oblicze Kaukazu można zobaczyć w regionie Mccheta-Mtianetia. To tu właśnie biegnie słynna gruzińska droga wojenna, czyli główny szlak przechodzący w poprzek Kaukazu. Trasa liczy ponad 200 kilometrów i w przeważającej części obfituje w spektakularne pejzaże i krajobrazy, w najwyższym punkcie wznosi się na wysokość 2379 m n.p.m. Po drodze warto się zatrzymać przy słynnej twierdzy Annanuri.

W tym regionie jako bazę obieramy miejscowość znaną jako Kazbegi, choć od jakiegoś czasu zmieniono nazwę i obecnie nazywa się Stepancminda. To miejsce dobrze znane wszystkim górołazom, bo to właśnie ze Stepancmindy wyruszają wyprawy na Kazbek. I to tutaj jest jedno z najbardziej sztandarowych miejsc Gruzji, wybudowany w górach klasztor Cminda Sameba. W samej Stepancmindzie znajdujemy biuro informacji turystycznej, w której pracuje sympatyczny… Polak. Radzi, które trasy i ścieżki przejść, jak do nich dojechać, kto może, a kto nie powinien wybierać się na Kazbek.

Przeważnie przemieszczając się między Stepancmindą a miejscami, z których wyruszamy na trekking, decydujemy się na prywatne taksówki. To zazwyczaj minibusy albo większe auta do przewozu osób, bardzo często Mitsubishi Delica z kierownicą po prawej stronie, mimo iż w Gruzji obowiązuje ruch lewostronny. Nasza grupa liczy siedem osób, więc spokojnie wypełniamy tego typu auta. Czasem jednak decydujemy się łapać stopa. Poznajemy w ten sposób ukraińską rodzinę, która wraca właśnie z rodzinnej wizyty w Azerbejdżanie. Innym razem trafiamy na Gruzina, który do wielu już lat mieszka w Holandii. Razem z siostrzeńcem wracali właśnie z ryb. Ale ponieważ niczego nie udało im się złowić i głupio się tak w domu pokazać, to po drodze krążyliśmy jeszcze po wioskach i zaułkach w poszukiwaniu lokalnego… stawu rybnego. Nieopodal stały oryginalne namioty.

– Z Kazachstanu. Przyjechali handlować końmi – wyjaśnił nam nasz kierowca.

Kazachskie jurty, w tle pasące się konie, gruzińskie góry. I wyprawa z tubylcami w poszukiwaniu stawu rybnego. Gruzja, kraj, w którym wydaje nam się, że jesteśmy prawdziwymi podróżnikami i bardzo nam się to podoba.

Po dotarciu do drogi głównej, okazało się, że troszkę się z tym Gruzinem nie dogadaliśmy i właściwe, to on nie jedzie do Stepancmindy, ale… w przeciwnym kierunku. Już chcieliśmy wysiadać i przepraszać za kłopot, gdy kierowca stwierdził, że przecież nie ma problemu, podrzuci nas te kilkanaście kilometrów. A na pytanie o gruzińską muzykę razem z siostrzeńcem dali nam po drodze popisowy koncert. Zdecydowanie warto czasem zostawić na boku taksówki dla turystów i inne „pierwsze klasy”, by spotkać tubylców.

Po pobycie w górach przyszedł czas na stolicę. W Tbilisi zatrzymujemy się w hostelu prowadzonym przez Irańczyka. Podpowiada nam, że ciekawą opcją zwiedzania miasta jest free guide tour. Przewodnicy bez żadnych papierów i pozwoleń oprowadzają po Tbilisi bezpłatnie. Jeśli chcesz, zostawiasz napiwek, jeśli nie, nie ma takiego obowiązku. Oprowadza nas Irina, dziewczyna z Rosji, która wpadła do Gruzji z wizytą, zakochała się w tym kraju i tak już została. Ciekawą opcją, by zobaczyć miasto jest także wycieczka kolejką linową na wzgórze, na którym stoi pomnik matki Gruzji. Tbilisi nie jest duże, ale ma swój nieodparty urok i stanowi nie lada atrakcję dla naszych oczu przywykłych do górskich wiosek.

Jednym ze szczególnie ciekawych miejsc do zobaczenia jest Muzeum Sowieckiej Okupacji. Powstało w 2006 roku i jest solą w oku Rosji dążącej do podporządkowania sobie Gruzinów. Włodzimierz Putin nie był oczywiście zadowolony z utworzenia takiego muzeum i na spotkaniu z Miechilem Saakaszwilim w Petersburgu wytknął ówczesnego prezydentowi Gruzji, że przecież wielu sowietów, w tym Stalin i Beria pochodziło z Gruzji. Na co rezolutny Saakaszwili odpowiedział, że przecież Putin może sobie stworzyć Muzeum Okupacji Gruzińskiej w Moskwie. Kogo ciekawią bardziej tematy historyczne może też wybrać się do miasta Gori, by zobaczyć Muzeum Stalina. To właśnie tam urodził się późniejszy dyktator. Ze stolicy można się też wybrać, choćby na jeden dzień, do Kachetii, regionu słynącego z wyrobu wina.

Naszym ostatnim punktem do zobaczenia w Gruzji jest słynne w Polsce, z powodu jednej starej piosenki, miasto Batumi. I tu spotkało nas srogie rozczarowanie, nie ma już bowiem herbacianych pól. A herbata nie jest złotym produktem Gruzji. Te pytania o pola herbaty zadawaliśmy każdemu tubylcowi napotkanemu w Batumi i odpowiedź zawsze była ta sama. Dawniej, za komuny to się opłacało, bo rząd wspierał i promował plantacje. Obecnie Gruzini nie zdołali pobić swej azjatyckiej konkurencji w tym zakresie. Pozostało nam więc porzucenie iluzji o gruzińskiej herbacie i podziwianie miasta, ogrodu botanicznego położonego tuż nad brzegiem Morza Czarnego, plaż z czarnym piaskiem w położonej nieopodal miejscowości Ureki. Samo Batumi wygląda dosyć kontrastowo na tle Gruzji. Widać, że zainwestowano tu sporo pieniędzy, fantazyjna nowoczesno-szklana architektura w niczym nie przypomina ani starego Tbilisi, ani skromnych górskich wiosek.

W Gruzji spędziliśmy w sumie trzy tygodnie. Wystarczy, żeby w miarę poznać ten kraj, ale nam było za mało. Podróżowania jest nam zawsze za mało. I Gruzji. To kraj do powolnego smakowania. Odkrywania. Jak gruzińskie wino.

Gruzini wiedzą, jak reklamować swoje wino.