Nie jest za późno

Nie jest za późno

Zupełnie nie rozumiem tej ogólnoświatowej, ogólnoludzkiej obsesji na punkcie młodości. Tego przekonania, że tylko w wieku dwudziestu, no może dwudziestu pięciu lat człowiek jest piękny, świeży, rześki, ma ochotę, a świat stoi przed nim otworem. Tej dziwnej wiary, że zaczynać od nowa można tak maksymalnie do trzydziestki, a później tylko ciepły koc, telewizor po pracy, święty rosół i za późno na cokolwiek.

Taka Marion, Francuzka, którą poznałam na Fuerteventurze. Wychowana we Francji, później długie lata spędziła w Berlinie. I była już po pięćdziesiątce, gdy przeprowadziła się na Wyspy Kanaryjskie. Po prostu potrzebowała zmiany. Gdy spotkałam ją na Fuerteventurze, właśnie świętowała swoje sześćdziesiąte urodziny. Pracowała dorywczo – oprócz innego stałego zajęcia – jako przewodnik trekkingowy po wyspie. Marion bardzo często zakłada wygodne buty i zasuwa po wulkanach, jakby zupełnie nie słyszała, że ludzie po sześćdziesiątce ponoć nie mają ani kondycji, ani ochoty.

Nie chodzi tylko o jej sprawność fizyczną i gotowość na zmiany, ale także o ciekawą osobowość. O te historie o podróżach, na przykład do Argentyny albo do Indii, gdzie pracowała jako wolontariuszka w sierocińcu dla biednych dziewcząt. Opowieści o wyprawach po górach, tańcach w schroniskach, wspomnienia z widzianego naocznie upadku muru berlińskiego. Nigdy, przenigdy nie słyszałam z jej ust tego dziwnego stwierdzenia, że w pewnym wieku to już za późno. I nie chodzi o to, że jest oderwana od rzeczywistości, nie wie, ile ma lat i co to znaczy upływ czasu. No może już jest za późno, żeby została primabaleriną, tylko że akurat nie ma na to ochoty.

Obecnie stara się przejść na wcześniejszą emeryturę, żeby mogła bez przeszkód ruszyć znów do swoich ukochanych Indii, zobaczyć swe dawne podopieczne z sierocińca. Tak, Marion to zdecydowanie jedna z najciekawszych i najbarwniejszych osób, które przyszło mi podczas moich podróży i emigracji spotkać.

A jeszcze i to małżeństwo Włochów, także z Fuerteventury. Te trzy, cztery lata temu, gdy ich poznałam, oboje dobiegali pięćdziesiątki. Wychowywali dwie dorastające córki. Ale żeby życie było ciekawsze, wymyślili sobie nowy plan. Postanowili wybudować dom gdzieś na Karaibach, żeby tam na rajskiej plaży spędzić sobie emeryturę. Budowa domu po drugiej stronie oceanu, brzmi to, jak gdyby byli milionerami i spali na pieniądzach. Wręcz przeciwnie. Włoszka pracowała ze mną w sklepie z aloesem, on wykonywał jakieś dorywcze prace. Raz na jakiś czas wsiadali w samolot, lecieli na ten wykupiony już swój kawałek ziemi i pracowali. W życiu nie spotkałam większych hipisów niż oni, stateczni, w średnim wieku, ale przy tym szaleni i zakochani w swojej wolności.

W galerii nietuzinkowych postaci, którzy pierwszą młodość dawno mają już za sobą a i tak wiecznie młodzi, koniecznie znaleźć się musi słoweński Malarz artysta, u którego wynajmowałam mieszkanie na Lanzarote. Para ze Słowenii, na oko ona tak po pięćdziesiątce, on może nieco starszy od niej. Wiosnę i lato spędzali w swoim kraju, zimę kolejno na różnych Wyspach Kanaryjskich.

Bardzo lubią się społecznie udzielać, choć spędzali w jednym miejscu może pół roku i lecieli gdzieś indziej, to i tak zawsze znali chyba wszystkich na osiedlu. Na Lanzarote, gdzie mieszkałam, on dawał darmowe lekcje jogi, grywał z sąsiadami w ping ponga i tenisa. Razem tłumaczyli mi, na którym bazarku kupować zdrowe warzywa i owoce, takie soczyste, prawdziwe, a nie te bezwonne, półplastikowe, smutne atrapy z supermarketu. Zdrowo oni żyli, to fakt. I nie widziałabym w tym nic niezwykłego, gdyby mnie kiedyś nie uświadomił sąsiad Chorwat.

– A Ty wiesz, ile Malarz ma lat? – zapytał podczas jakiejś pogawędki.

– Pięćdziesiąt parę – rzuciłam. – No może sześćdziesiąt.

– Nic z tego. On ma osiemdziesiąt lat.

– Jak to? Przecież to niemożliwe – protestowałam.

– Fakt, on bardzo o siebie dba – ciągnął dalej Chorwat. – Bardzo zdrowo się odżywia, nie je żadnych E, żadnych sztucznych dodatków, nigdy. Ani pół chipsa nie zje. Nigdy.

I tak siedzieliśmy z Chorwatem zadumani nad siłą i żywotnością słoweńskiego artysty. Ten moment, kiedy uświadamiasz sobie, że osiemdziesięcioletni facet ma pięć razy lepszą kondycję niż ty, więcej optymizmu i życiowej energii. Bezcenne.


13 thoughts on “Nie jest za późno

  1. A ja się boję tej dojrzałości z każdym rokiem chyba bardziej. Boję, bo z każdym rokiem opowiadając o moich planach i marzeniach na kolejny rok, trzy, dziesięć spotykam się z coraz bardziej wymownym milczeniem lub uśmiechem. Dla mnie niestety większa dojrzałość oznacza większą samotność.

    1. Hm, będę się jednak upierać, że to nie ma związku z wiekiem. Może dlatego, że przez całe życie słyszę, że moje pomysły są absurdalne, nierealne i “co ty sobie dziewczyno w ogóle wymyśliłaś”. Wymowne uśmiechy i stukanie się w głowę także. Jedna mądra osoba mi poradziła, żeby o tych planach lepiej nie opowiadać, jeśli wiem, że mój rozmówca nie zrozumie. I to właściwie dobra rada. Nie opowiadać, tylko robić swoje.

  2. Ja właśnie słyszę to samo – i jestem pewien, że ta reakcja którą opisujesz, ma związek z wiekiem. Wymowne uśmiechy i stukanie się w głowę pojawiają się wśród znajomych po trzydziestce, jako alergiczna reakcja na pomysły które mogłyby zaburzyć pozorny spokój myśli i stabilizację życia.
    Zgadzam się – nie jest za późno. Dodałbym, że jest coraz trudniej o zrozumienie i akceptację.

    1. No ale ta akceptacja właściwie nie jest Ci potrzebna. Miło, jeśli jest, ale jak jej nie ma, to też nie ma dramatu.
      I faktycznie mamy tu zupełnie inne doświadczenia, wymowne uśmiechy i stukanie się po głowie ze strony innych towarzyszy mi zawsze, już od dziecka. Dlatego nie uważam, żeby to było związane z wiekiem. Bardziej z charakterem danej osoby. A że współczesna popkultura nam wmawia, że to, co młodsze, zawsze fajniejsze, to fakt. I że młodzi jakoby mieli więcej fantazji.

    2. @Misza,
      Szczęśliwie dla mnie, od małego zostałam uznana za “Czarną Owcę” w rodzinie. I tak już zostało. Po mnie każdy spodziewa się tzw “głupich pomysłów”, sporo z nich realizuję, a i wiekiem przejmuję się coraz mniej.

      @Edyta,
      świetny, inspirujący wpis.

    1. Ty Paulino chyba też należysz do tych otwartych, co to smakują życie. A przynajmniej tak wynika z lektury Twojego bloga 🙂

  3. Super! To bardzo budujące usłyszeć, że nie musimy umierać za życia, zwłaszcza tego jeszcze nazbyt niespełnionego. Ja zawsze motywuje się tym, że jak tu szczęścia nie znajdujesz, to możesz poszukać gdzie indziej. I nie trzeba żyć cudzymi oczekiwaniami, ale swoimi. Pytanie najtrudniejsze: Co chcesz k…robić? (:

    1. No to się zastanów, czego chcesz. Można na przykład zrobić sobie dobrą kawę, usiąść w ciszy nad kartką papieru i zapisać, co się lubi robić. Zrobić sobie taką listę. A później wykonywać te rzeczy z listy. Czasem uda się szybko, a czasem to lata zajmie.
      Ni i trzeba nie wpadać w panikę, że się jeszcze nie wie. Czasem się nie wie i to jest najzwyklejsza rzecz na świecie.

  4. Tak, to prawda, lepiej zbyt duzo nie opowiadac, bo ludzie albo nie rozumieja albo zazdroszcza albo jeszcze cos..robic swoje, a jak sie uda zrealizowac plany i marzenia, to wtedy ewentualnie powiedziec..ja na przyklad po kilku latach pobytu w UK, majac dosc juz pogody, potrzebujac zmian przygotowywalam sie do wyjazdu w inne miejsce, los tak chcial, ze wlasnie wtedy poznalam mojego meza,a ze nie jest on Anglikiem…nie mieszkam juz w Anglii ale tez nie mieszkam tam gdzie planowalam..ale pamietam, ze opowiadajac o moich planach, bedac jeszcze w Londynie, ludzie dziwnie sie na mnie patrzyli…wiec takze wychodze z zalozenia, ze lepiej za duzo nie opowiadac..pozdrawiam serdeczajny i ciekawy blog, wpadam tu czesciej , jak w mojej czesci swiata robi sie chlodniej..hehe

    1. Dziękuję za miłe słowa! I dokładnie rozumiem tę historię o planowaniu wyjazdu, a tu nagle upss, nagła zmiana planów i ląduje się gdzieś indziej.
      Po różnych doświadczeniach i przemyśleniach doszłam też do wniosku, że ludzie nie muszą rozumieć naszych planów i marzeń, i nie ma w tym nic złego. Ja też przecież nie rozumiem ludzi, którzy na przykład nade wszystko cenią sobie “małą stabilizację”. No wielu rzeczy na tym świecie nie rozumiem.
      Trzeba robić swoje i tyle.
      Pozdrawiam
      PS. A gdzie to ta chłodniejsza część świata?

  5. ps. chcialam napisac , ze pozdrawiam serdecznie i fajny blog..a wyszlo serdeczajny.hehe.takie slowo w j.polskim chyba nie istnieje..sorki, ze bez polskich znakow, tak juz mam po latach spedzonych z dala od Polski…

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *