Nadrabianie polskości na szybko

Nadrabianie polskości na szybko

Na emigracji człowiek nabiera innego poczucia czasu. Sprawy i zdarzenia wiecznie się powtarzające, nieskończone, nagle kurczą się niepomiernie a do zdziwionego umysłu dociera ta zaskakująca oczywistość, że wszystko jest ograniczone. Że ta liczba godzin, dni, miesięcy, kiedy to mogę gapić się na padający śnieg, mgły nad Tatrami, spacerować po Lasku Wolskim w Krakowie, wcinać pierogi w barze mlecznym, czy, odwiedzając Krakowiankę w jednej z kamienic przy ul. Długiej, podziwiać kwiaty na parapecie na półpiętrze, otóż liczba godzin, które w ten sposób spędzam, to jest właściwie niewielka. Mała. Maluteńka.

Choćby i same święta, tak wcześniej powtarzające się na okrągło i – nie bójmy się powiedzieć tego głośno – pospolite. Gdy tak się patrzy z perspektywy dwudziesto czy trzydziestoparolatka, życie jawi się jako nieprzerwany ciąg świątecznych obrusów, sianek i kolęd. A tak, na emigracji, jeśli, szacunkowo, w ciągu dziesięciu lat uda mi się ze trzy, cztery razy na święta przyjechać, to nagle okazuje się, że może i palców mi nie braknie, by te święta spędzone w Polsce wyliczyć.

Albo na przykład te obchodzone co roku tak podobnie, czyjeś urodziny. Siedzieliśmy w tym samym gronie jak stare dobre małżeństwo, kochające się mocno, ale też i lekko znudzone tą życiową monotonią. Nagle, dla emigrantki już, ta urodzinowa tradycja przemienia się w listę imprez, na których mnie nie było. I wiadomo, że kolejny, szósty a może siódmy już raz znowu mnie nie będzie. Nawet gdy człowiek się stara, układa codzienne obowiązki tak, by wykroić więcej podróży i urlopu, pomimo latających tam i z powrotem samolotów, mimo skypów, telefonów i instagramów, stajesz się nagle wielkim nieobecnym.

A gdy już do Polski dotrzesz, znowu popełniasz ten sam stary błąd związany z planowaniem – czego ja teraz nie zrobię, dokąd to ja nie pojadę, wszędzie będę, wszystkich odwiedzę. Później stopniowo trzeba wyjmować tę listę do zrobienia i wykreślać, wyrzucać, bo dwa, trzy tygodnie, bo miesiąc to za mało. Nie da się nadrobić całego polskiego życia w jednym listopadzie na rok albo w jednym maju.

Jest jeszcze inna opcja – połowę tego czasu spędza się w autobusach i na dworcach, bo człowiek się uparł, żeby jednak wszystkich tych ludzi i wszystkie miejsca odwiedzić. Później po takich wakacjach w ojczyźnie najbardziej w pamięci utkwi odrywająca się podsufitka lokalnego PKS-u. A na deser i tak trzeba wysłuchać, że tak rzadko się odwiedza, że tak na krótko się bywa.

Plącze się to, co egzotyczne i to, co zwyczajne. Nagle zachciewa ci się zwiedzić Lublin, choć przez te wszystkie lata w Polsce do Lublina się nie zaglądało, bo zawsze marzyła się La Gomera. Teraz La Gomera nie wzbudza już takich emocji, ale z chęcią myśli się o Lublinie.

I tak jesteśmy w tym naszym nomadycznym życiu, w tym nieprzywiązywaniu się do miejsc, ściśle do tych miejsc przywiązani.

Zima na Podkarpaciu

8 thoughts on “Nadrabianie polskości na szybko

  1. Bardzo trafne, w punkt , piękne spostrzeżenia Twoje…
    Tęsknimy za tym, czego nam brakuje, bez względu na położenie geograficzne. ..

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *