Na trasie z Gran Canarii do Krakowa

Na trasie z Gran Canarii do Krakowa

Loty samolotem mają na mnie jakiś dziwny wpływ i zazwyczaj – o ile akurat nie śpię w pozycji poskręcanego jogina – wpadam w pewną dozę melancholii. Dobra lektura (obecnie na tapecie jest wciąż genialny JR Moehringer), nastrojowa muzyka w słuchawkach lub mimowolne słuchanie rozmów współpasażerów, gdy się te słuchawki zdejmie, wypełniają czas. Czasem podnosi się wzrok znad książki po wyczytanym dopiero co, trafiającym w samo sedno zdaniu, gdy stewardessa pcha wózek wypełniony na wpół plastikowym jedzeniem i perfumami Beyonce lub gdy dziecko, siedzące jeden rząd za mną, z impetem zacznie rąbać w oparcia siedzeń z przodu.

Tak, zdecydowanie loty samolotem mają w sobie to coś. Może dlatego, że zawieszeni gdzieś między niebem a ziemią, nie mamy kontaktu z tym, co na dole. No chyba że akurat lecimy liniami Norwegian, w których jest wifi na pokładzie. Wtedy zdjęcie czyjegoś kotleta na facebooku, zdecydowanie sprowadza nas wprost do rzeczywistości. Ale tym razem żółto-granatowe swojskie kolory i ten mikrokosmos podzielony fotelami skutecznie odcina człowieka od wszelkiej banalnej codzienności. Nie ma wczoraj, nie ma jutra. Nie myśli się o początku, ani o celu podróży.

Z siedzenia przy przejściu nie mogę nawet dostrzec, czy jesteśmy akurat nad lądem czy nad oceanem. Rytm i oś naszego małego świata wyznacza obsługa samolotu, sunąc ze swymi wielkimi niebieskimi wózkami przez środek, jak kapitanowie okrętów przedzierający się przez ocean. Zewsząd słychać szum rozmów pasażerów, głównym tematem jest, jak to zaskakująco brzydka pogoda na Gran Canarii w zeszłym tygodniu skwasiła wszystkim wakacyjny humor. W przejściu między rzędami panuje ruch niczym na A4 w kierunku Katowic. Pasażerowie bieżą do WC, odwiedzają bliskich i znajomych oddalonych o ileś tam siedzeń, gonią uciekające im ze śmiechem potomstwo. Sąsiadka z siedzenia obok zaszywa się w toalecie, by ubrać coś na gołe nogi, gdy kapitan informuje, że w Krakowie, do którego zmierzamy, jest właśnie minus sześć stopni. Jej towarzyszka podróży wyciąga z torby nad siedzeniem ciepłe skarpetki. Kilkunastoletni chłopiec, siedzący jeden rząd przede mną po przeciwnej stronie, toczy walkę na śmierć i życie w swoim telefonie komórkowym. Dwóch samurajów z komórkowej gry napiernicza się przez całe długie pięć godzin lotu, a chłopiec siedzi zahipnotyzowany nad telefonem, tylko palce stukają jak szalone w dotykową klawiaturę.

Jest czas na wszystko. By poczytać, pogapić się na otoczenie, zamówić lurowatą kawę za trzy euro. Jest czas, by porozmyślać, a nawet, by się trochę ponudzić. Nikt z dołu, z powierzchni ziemi nie będzie nic od nas chciał, nie dodzwoni się na te wysokości. I tak przez te parę godzin, aż wylądujemy. Samolot lekko dotknie podłoża, zanurzymy się znów w rzeczywistość.

Północna część Fuerteventury widziana z okien samolotu

8 thoughts on “Na trasie z Gran Canarii do Krakowa

  1. Właśnie za parę godzin lecę na Gran Canarie i mam nie mały dylemat co zabrać z ubrań w podróż. Obserwowane temperatury nie powalaja na kolana wysokością na slupkach rtęci 😉 ale podobno nie odzwierciedlają one jak jest naprawdę. Czy możesz napisać jak było w rzeczywistości nim wylecialas do Polski. Z góry dziękuję za odpowiedź

    1. Oj, utknęłam na chwilę w Polsce z dłuższymi przerwami w dostępie do internetu i widzę, że nie zdążyłam odpowiedzieć na czas.

    1. A ja lubię sobie tak siedzieć w samolocie, to takie miłe odcięcie od rzeczywistości i codzienności. No chyba że trzeba wstać wcześnie rano na ten samolot, wtedy zdecydowanie mniej mi się to podoba. 🙂 Dziękuję i również pozdrawiam

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *