Na stałe albo i nie

Na stałe albo i nie

– A Pani tutaj to już na stałe? – to zdecydowanie najtrudniejsze pytanie, jakie można mi zadać. I jest to jedno z ulubionych pytań turystów.

Chodzi bowiem o to, że parę rzeczy, zdarzeń, miejsc, ludzi było już na stałe a teraz siedzę na plaży, gapię się w ocean i zastanawiam się, co się z nimi stało. Jak bardzo coś na stałe, budowane w mozole od paru lat, już za najbliższym zakrętem może się okazać boleśnie (albo i z ulgą) tymczasowe. I długo mogłabym nad tym dumać, gdyby nie wyjaśnił mi tego Paul Auster w książce Winter Journal. Książka zaczyna się tak:

„Myślisz, że nigdy ci się to nie przydarzy, niemożliwe, żeby zdarzyło się tobie, że jesteś jedyną osobą na świecie, której nigdy nie spotkają takie rzeczy i wtedy, jedna po drugiej zaczynają ci się przydarzać wszystkie, tak samo, jak zdarzają się komukolwiek innemu.” (tłumaczenie własne, z hiszpańskiego wydania z 2013 roku).

Biorę więc głęboki oddech, zatrzymuję wzrok na falach i mówię sobie: spokojnie, to tylko przydarza się właśnie jedna z tych rzeczy, która nigdy się nie zdarza. Nie należy wszczynać alarmu, panikować, co się z człowiekiem dzieje. Ot, dzień jak co dzień, zwykłe, nieprzewidywalne zdarzenia.

Bo to przecież nie tak miało być. Żadna emigracja nie wchodziła w grę, był zupełnie inny plan. Praca miała być w jakiejś zestresowanej i ambitnej redakcji, gdzie na papierze będę roztrząsać dylematy typu: rozwój feminizmu w społeczności romskiej na ziemiach polskich, kim są współcześni Łemkowie albo coś o modzie na mazurki wśród młodzieży (chodzi o taniec, nie o ciasto). Tymczasem jestem gdzieś niedaleko Maroka i na oceanicznych wyspach moim łamanym niemieckim tłumaczę turystom, jak dojść na plażę, gdzie są wydmy lub też zastanawiam się, jak powiedzieć po hiszpańsku, że spłuczka w toalecie nie działa. Mam więc lekką obsuwę, jeśli chodzi o wykonanie planu w kwestiach zawodowych.

Widok z okna miał być na błonia, tudzież inną piękną łąkę, a przed balkonem miały rosnąć wielkie, szumiące drzewa. Jednak, gdy wyglądam przez okno, widzę kolorowe dachy budynków w Las Palmas i ocean.

Nic z tych planów mi nie wyszło. Pomysł, żeby mieszkać w Bieszczadach i zająć się hodowlą koni też nie wypalił. Ba, nawet za realizację się nie zabrałam, bo spadłam z konia, rękę połamałam, plecy potłukłam i doszłam do wniosku, że średni byłby ze mnie farmer a chłoporobotnik to już wcale.

Miałam wpadać do baru obok na pierogi, ale serwują tylko owoce morze i hiszpańskie desery. W weekendy miałam chodzić po łąkach, zamiast tego chodzę na plażę, trawy nie ma, jest piasek.

Hiszpański jest moim językiem na co dzień i żyję wśród ludzi, którzy za nic nie potrafią wymówić „w Szczebrzeszynie chrząszcz brzmi w trzcinie”. A przecież marzyli się znajomi, z którymi przy piwie będziemy czytać Orzeszkową, zachwycając się najbardziej opisami przyrody. Ach, no i jeszcze to, że zawsze wierzyłam, iż nie znoszę upałów, a najlepsze są chłodne, mgliste poranki. A tu mam rzut beretem na Saharę.

Najdziwniejsze jest to, że wcale nie mam poczucia klęski z powodu tych niezrealizowanych planów. Raczej głębokie zdziwienie faktem, na co i jak szybko człowiekowi może przejść ochota. I najszybciej to przeszła ochota na tzw. karierę, pochwałę prezesa plus uścisk dłoni. A wyostrzył się – jakkolwiek banalnie to nie zabrzmi – apetyt na życie.

W Las Palmas na Gran Canarii. Sierpniowe tłumy, upał i plaża. Do bieszczadzkich połonin całkiem niepodobne.

23 thoughts on “Na stałe albo i nie

    1. Oj, zupełnie mnie to nie dziwi. Szczególnie conference call brzmi groźnie i strasznie, jak jakiś wielki smok 😉

  1. Edyta, opisalaś prawie wszystko co mam… Własny las, konie, psy i koty, 4 pory roku, ciszę i spokój… Czemu więc wymyśliłem sobie aby przenieść się na Lanzarote?
    Może to chwilowa słabość, może to, że uwielbiam zmiany? Przez wiele lat prawie codziennie budziłem się w innym mieście, kraju… Fajne to… Do momentu kiedy zapragniesz mieć swoje własne miejsce na ziemi, swój dom. Osobiście jestem wyznawcą, że mój dom jest tam gdzie czuję się dobrze, gdzie mam przyjaciół i bez problemów rozmawiam z ludźmi w swoim jezyku, bo tylko tak wypowiadając swoje myśli ,często skomplikowane 😎 czuję się dobrze… Zresztą zawsze czuję się dobrze, nawet wtedy, gdy tłumacze Chińczykowi w Singapurze moje wizję widzenia świata 😁 zawsze jest zabawnie!
    Tak czy siak niebawem kupujemy bilety i lądujemy w raju aby popatrzeć co by tam jeszcze można poprawić… Hihi… Pozdrawiam cieplutko!
    Jacob

  2. Dokładnie! Mnie się już baaardzo przejadły te nudne conference calle. Jak się siedzi przy plaży w barze to nie mają one zupełnie sensu. Powoli planuję powrót na wyspy na stałe.

  3. Bardzo lubię czytać twojego bloga. Apetyt na życie…hmm. O tak! Niesamowite, jak dobrze rozumiem twoje opisane refleksje. Przybyłam jedenaście lat temu wraz z rodziną też na wyspę (piękną i przyjazną, lecz bardziej zieloną i chłodniejszą niż twoja), porzucając dotychczasowy poukładany już dobrze scenariusz. Założenie “na stałe” pojawiło się u nas bardzo szybko. Ale cóż to, nagle po tylu latach zdarza się coś, co nie miało się zdarzyć. Poznajemy przypadkiem kogoś, otwierają się przed nami nowe możliwości. I ta pewność, że tak ma być, że tak jest najlepiej i tak chcemy. Skąd ona się bierze? To już drugi raz zaczyna się dziać coś, co nie miało się zdarzyć. Dzisiaj wiem, że jedyne co mamy w życiu “na stałe” to “zmiana”:) Pozdrawiam ciepło z deszczowej wyspy, mrugam porozumiewawczo i zanurzam nos w książkę do hiszpańskiego 😉

    1. Hm, zaciekawiłaś mnie. Co to za deszczowa wyspa? Islandia, Irlandia? A może Madera? Powodzenia w nauce hiszpańskiego! Pozdrawiam 🙂

  4. Kolejny przykład na to, że życie zaskakuje 😉 Ja nigdy nie chciałam być w związku z obcokrajowcem, nie wyobrażałam sobie w życiu codziennym używać języka angielskiego. Zwykłe “Dzień Dobry” miało być polskie, morze ok 5h autem, a góry po drugiej stronie kraju. Obecnie budzę się ze słowami “Good morning” lub “Buenos dias”, od czerech lat jestem w związku z obcokrajowcem i ani mi się śniło żyć tak blisko plaży! Życie zaskakuje, diametralnie zmienia nasze plany, co wcale nie oznacza, że ponosimy klęskę.
    Tak na stałe albo nie też ma swoje wielkie plusy 😉

    1. Ja do Hiszpanii nie chcialam jechac nawet na wakacje, a wyladowalam na stale (maz hiszpan)… mieszkam przy samej plazy,kt juz po kilku latach mi sie przejadla… na emeryturke wracam do Pl!🙌

  5. To co jest – jest znacznie ważniejsze niż to co mogłoby być. Dziś plaża jutro tundra. Bez znaczenia. Nieważne gdzie jesteś. Ważne, że jesteś.

    1. Dziękuję i pozdrawiam serdecznie! A tundra kusi i to bardzo. Jeszcze kusi mnie, żeby do Beskidu wpaść 🙂

  6. A ja właśnie jestem na rozdrożu i obecnie mam dylemat… zawsze marzyłam mieszkać w kraju gdzie większość czasu jest ciepło… w końcu wylądowałam w Londynie gdzie raczej słonecznie i przyjemnie nie jest jeśli chodzi o pogodę 😉 … Teraz ok kilku miesięcy jestem na Sycylii i niby mam to co chciałam,ale nie potrafię się odnaleźć… Nie wiem czy to dlatego,że trafiłam na małą pipidówe,a zawsze mieszkałam w dużych miastach czy dlatego,ze to kolejny poczatek. Inne zwyczaje,język i ogólnie wszystko… Czasem myślę, że zwariowalam 😁

    1. Hm, a może chodzi o to, żeby było ciepło i słonecznie, ale akurat nie na Sycylii. Bo tych miejsc, gdzie jest fajny klimat, jest bardzo dużo i różnią się między sobą. No i na Sycylii zimą jest zimno. A poza tym, dopiero czas pokaże, czy się odnajdziemy w danym miejscu, czy nie. Też kiedyś myślałam, czy aby nie zwariowałam, ale później przeczytałam Paula Austera i wolę myśleć, jak w cytacie z jego książki 🙂

  7. pewnie..nie ma sie co w zyciu niepotrzebnie stresowac i cos komus ciagle udowadniac.ale z drugiej strony..no nie wiem..w czerwcu spedzilam 2 tygodnie w Hiszpanii i jak na razie to mam dosyc upalow, slonca, piasku …ale pewnie zima zatesknie 🙂

    1. Upały w czerwcu w Hiszpanii mogą być ogromne, to fakt. A że się zimą za nimi tęskni, to też naturalna kolej rzeczy. Także wszystko w jak najlepszym porządku 🙂

  8. Edyta, piękny i mądry tekst. Miałam podobne odczucia, gdy mieszkałam w Paryżu – oczywiście z trochę innymi odniesieniami…

    1. Dziękuję 🙂 No właśnie mam takie wrażenie, że tego typu dylematy są uniwersalne, a tłem dla nich może być Paryż, Wyspy Kanaryjskie, Tajlandia albo Pcim. Szerokość geograficzna ma już tu chyba mniejsze znaczenie.

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *