Na prowincji jak z teledysku

Na prowincji jak z teledysku

Nie, nie chodzi o to, że nie podobają mi się główne atrakcje opisane we wszystkich przewodnikach. Owszem, lubię sobie obejrzeć najbardziej oblegany plac, najsłynniejszą fontannę, najbogatsze w zbiory muzeum czy górę, na którą już wszyscy wyszli i każdy wie, o co chodzi. Czasem jednak człowiek ma ochotę wybrać się gdzieś bez celu, bez planu, w miejsce, o którym nikt jeszcze nie powiedział, że jest interesujące, a jeśli ktoś powiedział, to nikt go akurat nie słuchał. Ruszyć w przysłowiowe bez celu, donikąd, prosto przed siebie skręcającą nagle ostro w bok trasą. A tak się składa, że jestem akurat na Wyspach Kanaryjskich, na Gran Canarii, tu więc się włóczę, gdy zajdzie taka potrzeba. Po wioskach na północnym wybrzeżu na przykład.

Jest czarne, ciemne, skaliste. Plaże usiane są kamieniami i głazami. Żadnych złotych piasków i obrazków jak z folderu. Do tych plaż przyklejone są domy, domki, budynki. Zbudowane po obu stronach wąskich uliczek biegnących wzdłuż brzegu oceanu. Wymalowane na kolory przeróżne, według mody wszelakiej, nie pierwszej już młodości, nie drugiej nawet, obdrapane malowniczo, obstukane, z obejściem wokół teatralnie, a może banalnie i zwyczajnie rozpieprzonym. Na terenach niczyich między budynkami bardzo dużo śmieci.

Turystów zero, obcokrajowców zero, miejscowi przyglądają się naszym blond twarzom ze zdziwieniem. Od razu widać, że nikt obcy nie przemknie tu niezauważony. Atmosfera, swojska, wiejska, lokalna. Jak u hippisów, jak na przedmieściach, jak w takich nieco lepszych slumsach. Można się tutaj poczuć, korzystając z pewnego minimum wyobraźni oczywiście, niczym gringo gdzieś w Ameryce Południowej albo jak w jakimś kraju trzeciego świata.

Żeby wyobrazić sobie to miejsce, odpalcie słynny przebój minionego lata, od nadmiaru którego skręcało się wam pewnie to i owo w organizmie. Tak, mam na myśli Despacito. Nie chodzi o to, żeby znów katować się powtarzanym na okrągło numerem, ale zwrócić uwagę na krajobraz w teledysku. Na tę wioskę nad brzegiem morza, gdzie ona się przechadza a on przejęty śpiewa i prezentuje muskuły. Na ulicę, na której tańczą. Na północy Gran Canarii jest właśnie tak. Gdy pierwszym razem, zobaczyłam ten teledysk, byłam święcie przekonana, że tu go kręcono. Że to miejsce z teledysku znajduje się jednak gdzieś indziej, przypominały tylko ujęte w niektórych kadrach palmy. Zdecydowanie nie są to palmy kanaryjskie. I jak na tutejsze pejzaże, w klipie widać za dużo graffiti.

Nie jest to oczywiście przykład najpiękniejszej kanaryjskiej architektury, nie zaglądają tu turyści, ani inwestorzy, więc nie było potrzeby, żeby tu wszystko odprasować i odpicować. Ale jeśli będziecie chcieli zobaczyć takie mniej znane oblicze Wysp Kanaryjskich, to jadąc z Las Palmas trasą GC-2 wzdłuż oceanu, jeszcze przed rondem, z którego droga 75 odbija w lewo w kierunku Moya, zjedźcie na prawo. Zaparkujcie w którejś z bocznych uliczek, na przykład calle el Atillo. I ruszcie piechotą, bez jakiegoś większego planu, gdzie was oczy poniosą, po najbliższej okolicy. Traficie w miejsca, w których brzydota jest przedziwnie piękna, bo malownicza. I ustrojona bliskością oceanu.


7 thoughts on “Na prowincji jak z teledysku

  1. To chyba najlepszy sposob na zwiedzanie i odkrywanie miejsc wyjatkowych, za kazdym razem jak jestem na Lanza wlocze sie po nadbrzeznych miescinkach i za kazdym razem ta wyspa mnie zaskakuje tak jak i odwiedzane miejsca.

  2. Doskonale rozumiem tę chęć zobaczenia czegoś innego, nowego, nietypowego. Chwilowo też jestem na Gran Canarii. Jeszcze tylko 2 dni, potem śmigam odkrywać Teneryfę. Po raz pierwszy zupełnie nie mam planu, jutro rano będę planować jak spędzić dzień i to rewelacyjne uczucie 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *