Na końcu świata

Na końcu świata

Na samym południu Fuerteventury, gdzie – jak mówią – nie ma nic, można znaleźć zaskakująco dużo: ciągnące się kilometrami plaże z wiecznie wzburzonym i wściekłym oceanem, małą wioskę na samym krańcu świata, tajemniczy dom z czasów drugiej wojny światowej, willę, która swoim rozmachem architektonicznym zupełnie nie przystaje do takiego pustkowia, strome góry, miejsca owiane legendami znanymi dobrze mieszkańcom wyspy, a przede wszystkim niebotyczną, niekończącą się przestrzeń. To miejsce, żeby się zgubić, zapomnieć, uciec.

Na południu Fuerteventura zwęża się nagle w pokryty wydmami niewielki przesmyk La Pared, który oddziela korpus wyspy od półwyspu Jandía. Asfaltowa droga prowadzi wzdłuż wschodniego wybrzeża mniej więcej przez połowę półwyspu, do kurortu Morro Jable. Dalej trzeba wybrać się autem z napędem na cztery koła, kursującym tu od niedawna autobusem-terenówką lub dojść na własnych nogach.

Jadąc szutrową drogą ponad portem w Morro Jable, dociera się szybko do małego parkingu. Tam można zostawić auto i iść pieszo wąwozem w poprzek półwyspu. Z czasem trasa wspina się i prowadzi do miejsca, w którym łańcuch górski biegnący przy zachodnim wybrzeżu obniża się znacznie, można więc przejść na drugą stronę masywu, nie wspinając się na szczyt. I dotrzeć na słynne Playa de Barlovento i Playa de Cofete, czyli rozległe plaże, na których zawsze wieje silny wiatr od oceanu, gdzie są niezwykle silne prądy morskie i zawsze, ale to zawsze przeogromne fale załamujące się z łoskotem tuż przy brzegu. Gdy już przekroczy się łańcuch górski, ścieżka schodzi w dół i prowadzi do tajemniczej willi. Generał Franco miał podarować niemieckiemu inżynierowi Gustawowi Winterowi teren pomiędzy plażą a stromym zboczem gór. Powstała tu przepiękna willa z wieżą, dom, wokół którego narosło sporo legend. Po co budować taką willę w tak niedostępnym miejscu i jeszcze z taką wieżą? Ponoć w zamyśle miała to być kryjówka dla Hitlera i Evy Braun na powojenne czasy. Chodzą też słuchy, że naziści przeprowadzali tam jakieś tajemnicze eksperymenty medyczne, operacje plastyczne. Albo że willa służyła jako baza dla nazistowskich łodzi podwodnych. Teraz willa jest dosyć zaniedbana. W części jest tu muzeum wszystkiego i nie-wiadomo-czego. Jest tu stary, przeszkolony niby to kredens z książkami, narzędzia rolnicze, na ścianach wiszą stare zdjęcia, kołowrotki wędkarskie. Konia z rzędem temu, kto opowie, czemu poświęcona jest ta dziwna ekspozycja.

Z willi Wintera biegnie droga do maleńkiej wioski Cofete, z jedyną w tym miejscu restauracją. Idąc do wioski, z prawej strony mamy ogromny, huczący ocean, z lewej masyw górski. Nieustający wiatr, przestrzeń, niewiele ludzi. Między wioską a willą Wintera trzeba jeszcze posiedzieć na Playa de Cofete. Raczej nikt tu się nie kąpie, fale są zbyt wielkie, prądy morskie zbyt silne. Jeśli ktoś się odważy wejść głębiej, reszta ludzi na plaży patrzy z przerażeniem. Można pomoczyć stopy, od czasu do czasu zwiewając w popłochu, jak przyjdzie większa fala. Tuż przy plaży jest stary cmentarz i… przystanek autobusowy.

Od niedawna kursuje tu autobus terenowy do Morro Jable. Siadasz sobie wygodnie w autobusie. Kierowca rusza i nagle łapiesz się kurczowo siedzenia przed tobą, okazuje się bowiem, że za kółkiem siedzi prawdziwy Schumacher z Fuerteventury, jeśli się nie będziesz kurczowo czegoś trzymać, to przy tej prędkości i na tych wybojach, przy pierwszym ostrym zakręcie przelecisz przez pół autobusu i wpadniesz komuś na kolana. Akurat jechała z nami grupka starszych Niemców, żadnych młodych, przystojnych kolan nie było, więc ścisnęłam mocniej ten uchwyt przede mną. Mama Angielki zrobiła się blada i minę miała nietęgą, jej pies skulił się ze strachu, przez cały autobus przeszedł pomruk pasażerów. Kierowca rozłożył ręce w bezradnym geście:

– No co zrobię, taka droga tutaj – stwierdził i tak zaczęliśmy się wspinać tą terenówką w poprzek górskich zboczy. Kierowca jedzie tak szybko jak ktoś, kto zna każdy kamyczek na tej trasie, ty podskakujesz na fotelu, ostre zakręty nad przepaściami, ocean, góry, a z głośników cienkim falsetem śpiewają panowie z Modern Talking. „Cherry, cherry lady” nucisz sobie razem z nimi pod nosem i gapisz się w ten bezmiar oceanu.

Te miejsca i te pejzaże zagrały w filmie, który wchodzi właśnie do kin w Europie. Widzicie tę skalistą drogę w tarilerze Exodus Ridley’a Scotta? Widzicie tę drogę w skałach, którą pędzą jeźdźcy? To ta sama trasa, którą wiózł nas kierowca z Cofete.

https://www.youtube.com/watch?v=mZPMU9riKl4

 


5 thoughts on “Na końcu świata

  1. Witaj!
    Ratunku! Właśnie wróciliśmy z Fuerty!
    Ratunku chcemy tam wracać i wracać…
    To nasz piąty urlop na wyspie. Tym razem akurat byliśmy na Cofete , aż żałuję że wynajętym autem, a nie z “prawdziwym Schumacherm z Fuerteventury :-))))) Cudnie! Bosko! Z pozytywną zazdrością życzę Ci wszystkiego najlepszego w Tym Raju …
    Świetny blog! Dzięki za mnóstwo fajnych opowiastek i informacji!
    pozdrawiamy/MMM

    1. Dziękuję!!!!!!! Odpozdrawiam z poślizgiem, bo internetu mi wciąż brakuje i zdarza się, że nie mogę zaglądać na bloga na bieżąco.

  2. Po pierwsze gratulacje bardzo ciekawego i roznorodnego bloga. Czyta sie jak dobre felietony.
    Co zaś do opisanego tematu to faktycznie – południe Fuerty to inny świat. Pustkowia, kamienne pustynie, wąwozy po pojawiających się chwilowo rzekach. Droga z Morro Jable na południe, szutrowa, pełna kamieni rożnego kalibru, wije się przez te bezdroża niby bez końca, gdyż zwykłym samochodem pokonuje się nią z zawrotną prędkością 15-20km/h…
    A widoki,zarówno w kierunku El Puertito jak i Cofety dla Europejczyków przyzwyczajonych do tłumu,tłoku i wszechobecnego zagospodarowania terenu wydają się aż przerażająco puste i rozległe.
    Ja te drogi pokonywałam o zmroku, dojezdzajac na Cofete w zachodzie slonca…chyba nigdy tak skrajne emocje mną nie targały – radość,zachwyt, strach, panika… czy moje polo nie spadnie w przepaść ani nie zsunie się po sypkim żwirze z drogi… Po powrocie z Cofete do domu w Morro Jable późną nocą z ksìężycem w pełni powiedziałam sobie wtedy – nigdy więcej takich szaleństw. A dziś… już bym to powtorzyła.
    Pozdrawiam raz jeszcze.
    PS:i być może do zobaczenia bo planujemy przeprowadzkę właśnie na Fuerteventurę 🙂

  3. Naprawdę zgrabnie i ciekawie opisane.
    Mnie osobiście podoba sie ten fragment o tajemniczej willi,
    takie klimaty to jak z książek Igora Witkowskiego.
    Punkty przerzutowe raczej na pewno były na Kanarach w czasie II wojny.

    Zazdroszczę widoków, takiej pracy i Oceanu.

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *