Na drogach Fuerteventury

Na drogach Fuerteventury

Przeciskając się po zakorkowanych ulicach Las Palmas na Gran Canarii, trąbiąc na wciskających mi się bezczelnie przed maskę taksówkarzy, czy jadąc z prędkością pięćdziesiąt kilometrów na godzinę na zatłoczonej autostradzie w niedzielny wieczór, tęsknię za Fuerteventurą. Za Fuerteventurą z jej ciszą, pustką, nudą, spokojem i pustymi drogami.

Prowadzenie samochodu na tej wyspie to jedna z największych życiowych przyjemności. To rozrywka, relaks, ukojenie skołatanych nerwów, choć, gdy się na Fuercie bywa, to i te nerwy niezwykle rzadko bywają skołatane. Ile to razy wsiadałam w samochód ot tak, bez żadnego celu, bez mapy, jadąc przed siebie. Wulkany, ocean, wydmy, słońce, wiatr wpadający przez otwarte okno, a z głośników brzmi Alanis Morissette, na przemian z Brother&Bone, Adele i Werchowyną. (Myśmy z tą głośnikową Adele między wulkanami dawały taki koncert, że gdyby ta prawdziwa wiedziała, to na bank by mnie zaprosiła do studia.)

Parę prostych i oczywistych składników sprawia, że drogi Fuerteventury są takie przyjemne. Wyspa jest słabo zaludniona, turystów też nie tak wielu, więc i samochodów mało. Szosy są przeważnie w miarę puste, można rok po nich jeździć i zapomnieć, co to są korki na trasie. Na Wyspach Kanaryjskich nie ma tirów. Zdarzają się oczywiście większe samochody dostawcze i lawety, ale zapomnijcie o tych wielkich kolubrynach z przyczepami, do tego jeszcze jadących w kolumnie. Ja więc o tirach zapomniałam na tyle, że podczas ostatniego krótkiego wypadu do Polski, wybałuszałam oczy na trasie wyjazdowej z Warszawy, jakby mnie mijał Mikołaj w saniach z reniferami. A to zwykłe tiry były.

Kolejnym plusem wyspy jest to, że kierowcy są tu przeważnie zrelaksowani. Mało kto się spieszy, bo właściwie to i po co. Owszem, czasem jakiś miejscowy się zdenerwuje, gdy turyści jadą dwadzieścia na godzinę i wystawiają głowy za okno, by podziwiać krajobrazy. Ale generalnie odbywa się bez nerwowego siedzenia na zderzaku, wciskania się na trzeciego, czwartego i osiemnastego, bez gwałtownego wyprzedzania na już. Jedzie sobie więc człowiek spokojnie, jak chce, wyprzedza albo i nie, no i cieszy się pięknymi okolicznościami przyrody.

Jest jedna złota zasada. Pieszy ma zawsze pierwszeństwo. Kierowcy grzecznie i uprzejmie zatrzymują się na pasach, na pieszych się nie warczy, pieszych się nie pogania. Należy się do nich uśmiechnąć, gestem ręki zachęcić, by śmiało przechodzili i w duchu życzyć im miłego dnia.

Poza tym na wiele innych spraw przymyka się oko. Gdy ktoś w środku wioski spotka znajomego, ma swoje święte, niepisane prawo zatrzymać się na jezdni, ze znajomym pogawędzić, a ten sznureczek aut z tyłu, który zdąży się uzbierać, niech czeka. Gdy w sznureczku aut jest jakiś Niemiec albo Polak, to się zapewne zdenerwuje, trąbnie albo i szczerze opowie tonem wzburzonym, co myśli o takim blokowaniu ulicy. Gwałtowna reakcja spotka się z głębokim niezrozumieniem Kanaryjczyków, no bo co on taki nerwowy?

Parkuje się tam, gdzie akurat się stanie. I tak codziennie obok mojego domu w Corralejo, widywałam policjantów parkujących na rondzie, bo obok ronda była kawiarnia, gdzie wpadali na kawę. W mojej polskiej głowie takie coś nie chciało się pomieścić. Krytykowałam ich w duszy co dnia, kiedyś głośno podzieliłam się tą krytyką – że oni jak te głupki parkują na rondzie – z Chorwatką. Spojrzała na mnie spokojnie i spytała:

No ale przeszkadza Ci to?

Zadumałam się nad tak szczerym postawieniem sprawy i musiałam przyznać ze zdziwieniem, że właściwie nic a nic mi to nie przeszkadza. W ogóle. Absolutnie nic.

Żeby do tej beczki miodu na drogach Fuerteventury dodać jednak łyżkę dziegciu, to wspomnę o rowerzystach, których jest sporo i którzy jeżdżą sobie na luzie, we dwie, trzy, cztery osoby obok siebie. I nie wiedzieć czemu, najczęściej po górskiej trasie do Betancurii, stromej i pełnej zakrętów. Gdy oczywiście nie wiadomo, czy coś jedzie z naprzeciwka.

Ale i tak, nawet z tymi rowerzystami, jest cudownie. Wsiądźcie więc sobie za kółko, opalcie silnik, ruszcie przed siebie i włączcie sobie to:

PS. A jeśli na Kanary akurat nie możecie się wybrać, to spokojnie może być i Podkarpacie.
PS.2 Wkrótce ciąg dalszy opowieści o drogach Fuerteventury.


6 thoughts on “Na drogach Fuerteventury

  1. W zeszłym roku byłem na tydzień, w tym będę 2 tygodnie i mogę potwierdzić – jeżdżenie po Fuercie to ogromna przyjemność ( zresztą ja po prostu kocham tę wyspę) 🙂

    1. Im bardziej utykam w korkach albo jeżdżę po miastach, tym bardziej doceniam ten drogowy relaks Fuerteventury. 🙂

  2. Witam Pani Edyto.Święta prawda z Fuertą☺Można się na niej zrelaksować ,zdystansować do świata i ludzi…Już tęsknię za nią.To moja ukochana wyspa.Pozdrawiam serdecznie Ania.Ps.nauczyłam się robić kawę po kanaryjsku z likierem barraquito.Z mę-żem jesteśmy jej fanami☺

  3. Jeżeli ci rowerzyści jeżdżą “najczęściej po górskiej trasie do Betancurii, stromej i pełnej zakrętów”, to są to raczej kolarze, a nie niedzielni rowerzyści. Nie od dziś wiadomo, że istotę kolarstwa stanowią właśnie podjazdy 🙂

    1. Oooo, to i ze mnie kolarz, bo zdarzyło mi się parę razy dymać pod górkę na rowerze do Betancurii 😉

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *