Młodzi wyluzowani

Młodzi wyluzowani

Pierwsze wrażenie po przyjechaniu na Fuerteventurę to – oprócz oczywiście zachwytu nad fantastycznymi plażami – poczucie kolosalnej pustki. Wyspa ma 100 kilometrów długości i te kilometry to w większości wulkaniczne, półpustynne krajobrazy. Skały, niebo i niewiele więcej.

– Tu nic nie ma – powtarzają często turyści, którzy woleliby znaleźć się w miejscu pełnym deptaków i pasaży handlowych. Tym turystom wytrwale polecamy Gran Canarię. Na Fuerteventurze, poza granicami miejscowości, łatwiej spotkać kozę niż człowieka. Jednak jeśli się tu trochę pomieszka można dojść do wniosku, że to nie tylko wyspa kóz. Są tu też o dziwo ludzie, sporo przyjezdnych, młodych, dwudziesto- i trzydziestoparolatków z całej Europy. Łączy ich jedno: mają już dość robienia kariery.

– Przez trzynaście lat pracowałam w reklamie – opowiada spotkana na imprezie Włoszka. Dom w szeregowej zabudowie, jakich sporo w Corralejo, taras z widokiem wprost na basen, mięso smaży się na grillu – specjalność Argentyńczyka, który od lat mieszka na Fuercie, a impreza oczywiście, jak na Fuerteventurę przystało, u surferów. Włoszka, modnie ubrana, jak z czasopisma o modzie, w którym króluje styl „urban”, krótko przycięte blond włosy, opadająca na czoło grzywka, świetnie dobrane okulary. Dziewczyna ciągnie swoją opowieść o tym, jak bardzo można mieć dość. Tego, że się jest ciągle pod telefonem, pracy w stresie po dwanaście godzin na dobę, że tak na dobrą sprawę się z tej pracy nie wychodzi. Że właściwie bardzo szybko okazuje się, że poza pracą nie masz żadnego życia. Nic.

Na początku oczywiście było fajnie. Podobało mi się. Miałam takie poczucie, że jestem w centrum wszystkiego, tyle się dzieje, tyle życia wokół, energii – opowiada. Ale z czasem ma się dość, długo tak się nie wytrzyma. Na Fuerteventurze pracuje w knajpie i jest zadowolona. Teraz żadnej kariery i żadnych wielkich miast. Wyspa jest super.

– Pracowałem w banku. To kompletnie nie dla mnie. Nigdy więcej – mówi Niemiec, który wychował się we Włoszech. Towarzysz z pracy w centrum aloesu.

– Mogłabym mieszkać w Bukareszcie i robić karierę. Jestem dobra w moich fachu. Ale teraz jestem tutaj i jest dobrze – to znowu Rumunka, z zawodu grafik komputerowy.

I tak pracujemy sobie – dziennikarka z Polski, rumuńska specjalistka grafiki komputerowej, Hiszpan – informatyk, niemiecko-włoski bankowiec, kolejna Włoszka – magister ekonomii, Angielka, która studiowała języki obce w zarządzaniu firmami. I strach przed samym sobą się przyznać, że praca, w której nie spędzasz kilkunastu godzin dziennie i nie pijesz piętnastu kaw, która cię nie stresuje nic a nic, wręcz przeciwnie – jest spokojna i sympatyczna, która jest powtarzalna, w której nie musisz o nic z nikim konkurować, która nie stawia przed tobą kolejnych projektów-wyzwań-szeroko-zakrojonych-przedsięwzięć-w-biegu-po-uścisk-prezesa, otóż taka praca bardzo ci się podoba. I zastanawiasz się już, czy cierpisz na potworny zanik ambicji, czy po prostu świat, w którym tkwiłeś wcześniej, do reszty zwariował.

I w którąś spokojną, majową niedzielę, gdy akurat trwa tzw. niski sezon i mało jest turystów, gdy akurat nikt nie zagląda do sklepu, a wszystko już zrobione i uporządkowane, siadamy na sofie i toczą się rozmowy.

– Włochy są teraz w fatalnym stanie, fatalnym – twierdzi Felippe. – Wszyscy gonią za kasą, zwariowali, nic innego się nie liczy, tylko pieniądze i pieniądze. Jakie auto kupić, w co się ubrać. Fatalnie, fatalnie.

– Jak to? – dopytuję się. – A ci z nurtu eko, co to chcą powrotu do natury i walczą z nadmiernym konsumpcjonizmem? Albo anarchiści ze squotów? No i hipisi?

– Nie ma albo jest i strasznie mało. Większości goni za pieniędzmi. I kupuje. No ale jasne, jeśli pracujesz tyle czasu, musisz jakoś odreagować, idziesz na zakupy. Kupujesz, kupujesz, nie wiadomo po co.

– Od kiedy tu mieszkam, odkryłam, że człowiek wcale tyle nie potrzebuje. Tak naprawdę do życia potrzebuje niewiele –  mówi angielska szefowa, specjalistka od języków z zarządzaniu firmami.

– Tutaj się możesz ubrać, jak ci się żywnie podoba. Nikogo to nie obchodzi. We Włoszech patrzą i komentują – dorzuca Felippe.

Najbardziej rewolucyjny pogląd wygłosiła jednak przy innej dyskusji dziewczyna z biura, stąd, z Fuerteventury, Majorera.

– Ja tam nie będę kupować mieszkania. Wcale nie trzeba mieć własnego mieszkania. Później okazuje się, że nie masz pracy i nie masz z czego spłacać kredytu – oświadczyła.

Jak to? – nie mogłam uwierzyć. – Lepiej mieć swoje. Przecież tak czy tak musisz płacić za wynajmem. Nieważne, że stracisz pracę. No przecież gdzieś musisz mieszkać.

– Jak będziesz w bardzo trudnej sytuacji, możesz na jakiś czas wrócić do rodziców. Rodzina, przyjaciele, zawsze ci ktoś pomoże. To oczywiście rozwiązanie na jakiś czas. Ale nie musisz, nie musimy mieć swojego mieszkania. A wmówili nam, że musimy.


Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *