La Bocaina

La Bocaina

Dwanaście kilometrów przez ocean. Z portu w Playa Blanca na Lanzarote do Corralejo na Fuerteventurze. Te dwanaście kilometrów między wyspami to jedno z najpiękniejszych miejsc całego archipelagu. Z widokiem na Lanzarote, Fuerteventurę i maleńką Isla de Lobos, z codziennie zmieniającym się, raz płaskim jak stół i łagodnym, innym razem wściekłym i pijanym oceanem, z delfinami, żółwiami i latającymi rybami. Przez La Bocainę można pływać na okrągło, tam i z powrotem. Za każdym razem będzie to zupełnie inna podróż.

Na tej cieśninie upłynął mi spory kawałek życia. Latem 2013 roku, gdy kilka razy w tygodniu pływałam z turystami z Lanzarote, którzy wybierali się na Fuerteventurę oraz wiosną i latem minionego roku, gdy mieszkałam po trosze na obu wyspach.

Co rano wsadzaliśmy turystów na prom i płynęło się czterdzieści minut na Fuertę. Najprzystojniejszy Kapitan tłumaczył mi zawsze, jaki był danego dnia ocean, jak się ten ocean zmienia, jakie są warunki pogodowe, skąd wieje wiatr. Weszło mi to już później w nawyk, pytać go zawsze tuż po wypłynięciu, jak tam dzisiaj ocean. Odwracał głowę, spoglądał na mnie z ukosa i z szelmowskim uśmiecham odpowiadał – mokry. Zresztą Najprzystojniejszy Kapitan, mężczyzna o dość filozoficznym usposobieniu, choć i twardo stąpający po ziemi, zawsze miewał bardzo celne odpowiedzi. Gdy się komuś zapomniało, jaka była akurat data i pytał, jaki mamy dzisiaj dzień, Kapitan mu odpowiadał – ten, który nigdy nie wróci.

Na La Bocainie różnych rzeczy o oceanie można się było nauczyć. Że najspokojniejszy jest zawsze jesienią, we wrześniu i październiku, że zawsze łatwiej przypłynąć z Lanzarote na Fuerteventurę, a trudnej z powrotem i to wszystko z powodu prądów morskich, że ocean, jak człowiek, może mieć kaca. Pewnego dnia Najmłodszy Kapitan i marynarze o czymś rozmawiali, w uszy mi wpadło stwierdzenie – no tak, tak, dzisiaj el mar tiene resaca (morze ma kaca).

– Co? Co wy wygadujecie? – nie mogłam się nadziwić.

– Tak się mówi. To nie żart – przekonywali mnie. Kiedy ocean ma kaca, nie widać ogromnych fal, morze wydaje się być spokojne. Ale w rzeczywistości nie jest, ruszają się bowiem całe masy wody, nie tylko na powierzchni, ale i głęboko. Dla żeglowania to gorsze niż duże fale.

Z Najstarszym Kapitanem można sobie było uciąć ciekawe pogawędki. Czasem, gdy nie trzeba było się zajmować turystami, a morze było spokojne, rozmawialiśmy o komunizmie w Polsce, Lechu Wałęsie, dyktaturze Franco, roli Kościoła w Polsce i Hiszpanii. Czasem, jak bywało nieco nudno, prosiłam go – opowiedz jakąś anegdotę. Sypał nimi jak z rękawa. I tak opowiedział mi, jak Marylin Monroe spotkała Alberta Einsteina. Powiedziała mu: gdybyśmy mieli dzieci, z moją urodą i pańską inteligencją! Na co Einstein miał zapytać trzeźwo: a co będzie, gdy się przytrafi na odwrót? Będą miały moją urodę i pani inteligencję.

Większość czasu trzeba się było jednak zajmować turystami. Mieliśmy tam Polaków, Anglików, Belgów, Francuzów, Niemców, Włochów, Hiszpanów. Promy, którymi pływaliśmy, są małe, sporo mniejsze niż regularne linie, które kursują między wyspami. Buja zatem o wiele mocniej. Było z tego powodu wiele radości, przeprawa przypominała często przejażdżkę na kolejce górskiej, turyści łapali się kurczowo siedzeń i śmiali się jak dzieci. Ci z wrażliwszym systemem trawiennym, bladzi nieco, ściskali w dłoniach papierowe torebki. Kiedyś pewien Hiszpan, oburzony, że tak bardzo buja, postanowił zaprotestować. Dokonał nie lada wyczynu, by spod pokładu wyjść na górę, dotrzeć do kabiny kapitana i tam wyłuszczyć swoje pretensje.

– Jak tak można! Skandal! Wszyscy tam na dole chorują. Złożę skargę – mówił podniesionym tonem.

– I na kogo chce się pan skarżyć? – zapytał jeden z marynarzy. – Na ocean? Bo na oceanie są fale, to i bujać musi.

Ci, którzy lubią więc wodę i fale, w podróż między wyspami mogą się więc wybrać takim małym promem. Jeśli chcecie zabrać ze sobą auto albo boicie się fal, lepiej wsiąść na większy statek. Można się wtedy wygodnie rozsiąść na sofach i zagapić na ocean. Jedną z największych przyjemności jest wziąć kawę w barze na promie, usiąść na zewnątrz, a nie w środku w kabinie i gapić na ocean albo zamknąć oczy, wyciągając twarz do słońca. Powiedzmy sobie szczerze, kawa na promie jest dosyć podła w smaku, ale przecież nie o to chodzi. Tylko o to, gdzie się ją pije. Koniecznie wypatrujcie nad taflą oceanu latających ryb. Wyskakują z wody, fruną przez chwilę, machając płetwami niczym skrzydłami. Naprawdę można się pomylić i pomyśleć że to ptak.


Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *