Koniecznie pojedźcie na Lanzarote

Koniecznie pojedźcie na Lanzarote

Kręcąc się po różnych miejscach, tu i tam, zwiedzając Gran Canarię, plątając się po Fuerteventurze i mając w pamięci obrazki z Europy, dochodzę do wniosku – w życiu przynajmniej raz trzeba się wybrać na Lanzarote. Nie chodzi już o same wulkaniczne pejzaże, ani o park narodowy Timanfaya, gdzie ziemia jest ciągle gorąca i można sobie zjeść kurczaka upieczonego na żarze buchającym z jej wnętrza. Nie chodzi nawet o same plaże – białe, czarne, z kilkudziesięcioma rodzajami piasku, do wyboru, do koloru. Ani też o rozpieszczający przez cały rok klimat. Na Lanzarote udało się coś, o co trudno na całym świecie – została uratowana od brzydoty.

Gdziekolwiek by się nie zjawił na świecie tzw. cywilizowany człowiek, tam zawsze wybuduje coś brzydkiego. W najpiękniejszych miejscach, jakie stworzyła przyroda, znajdzie się jakiś paskudny hotel, szkaradny budynek-pudełko, coś dziwnie niepasującego do reszty, w dziwnych kolorach, kiczowate, postawione nie tak. Wie o tym każdy, kto spacerował po centrum Warszawy, wybrał się na wakacje do Zakopanego albo wyściubił nos poza krakowskie Stare Miasto. Nie jest to zresztą tylko polska przypadłość, na tzw. Zachodzie, czyli mitycznej krainie, w której – jak wierzymy nad Wisłą – wszyscy żyją dostatnio, bogato, radośnie, mają wysokie emerytury w euro i mądre rządy, otóż i tam pełno jest brzydoty. Brzydoty architektury, brzydoty powołanej do życia ludzką ręką, brzydoty bezkształtnych budynków, pstrokatych reklam, fikuśnych krasnali przy drodze, pseudopałacyków, chaosu, bałaganu i braku dobrych pomysłów.

Na tym tle Lanzarote wydaje się miejscem niezwykłym, ziemią obiecaną. Oczywiście nie w stu procentach, ale jeśli wpadliście tu z Radomia albo Wałbrzycha, to tych lanzarockich niedociągnięć nie uda się wam dostrzec. Niemal cała wyspa zabudowana jest na biało, architektura jest idealnie wkomponowana w krajobraz, jasne domy na czarnych wulkanicznych skałach malują niezapomniany pejzaż. To zasługa pracującego w lokalnej administracji Jesusa Soto oraz architekta i artysty Cesara Manrique.
Jesus Soto od 1965 roku pełnił funkcję maestro artístico w urzędzie zawiadującym wyspą. Po polsku powiedzielibyśmy, że był plastykiem miejskim, z tym, że zajmował się nie tylko stolicą, ale całą Lanzarote. Miał głowę pełną odważnych pomysłów, przeprowadzał szereg projektów, odpowiadał m.in. za przygotowanie jaskini Cueva de los Verdes dla zwiedzających. To właśnie Soto zaproponował by ściągnąć na Lanzarote mieszkającego wówczas w Nowym Jorku i słynnego w świecie sztuki Cesara Manrique. Sława Manrique miała działać jak magnes przyciągający gości na debiutującą w przemyśle turystycznym wyspę. Jesus Soto miał w tej kwestii absolutną rację, do dziś nazwisko Manrique jest jednym z symboli i znaków rozpoznawczych promujących wyspę, marka „made by Manrique” to idealny chwyt marketingowy.

Z jednej strony pracujący dla urzędu plastyk, z drugiej strony znany artysta, do tego jeszcze skupiona wokół nich grupa ludzi zadbała nie tylko o rozwój turystyczny wyspy, ale także o estetykę. Wprowadzono regulacje dotyczące architektury – by budować białe, niewysokie domy, zgodnie z duchem tradycyjnej architektury i dopasowując budynki do czarnego, wulkanicznego krajobrazu. Zabroniono stawiania wieżowców, jedyny na całej wyspie wysoki hotel znajduje się w stolicy wyspy. Efekty tych działań każdy może zobaczyć na własne oczy.

Zawsze gdy plączę się po zakamarkach Lanzarote, gdy trafiam do wiosek wyglądających jak z architektonicznych żurnali, zastanawiam się, jak by to było u nas. Wyobraźcie sobie, że taki polski Soto z polskim Manrique powiedzieliby gdzieś w Zakopanem albo Poroninie: „słuchajcie chłopaki, od dziś budujemy tylko z drewna, nie wyżej niż dwa piętra, nikt się nie wyróżnia i nie wolno na różowo.” Ciekawe, czy by to przeszło.


7 thoughts on “Koniecznie pojedźcie na Lanzarote

  1. Byłem! Jak dla mnie trochę klaustrofobiczna i zbyt “czarna” ale na pewno warta zobaczenia.
    Miło było usiąść na kamieniu przy basenie w Casa Manrique (choć facet z obsługi po 5 minutach kręcił się przy mnie jak mops nie wiedząc co zrobić, bo siadać nie wolno tylko na eksponatach a o kamieniach nie było ani słowa, więc siedziałem i kontemplowałem, tak jak to pewnie kiedyś robił sam mistrz) i pomyśleć, jak by tu zostać na dłużej albo raczej na duuuużo dłużej.
    Żeby nie było banalnie : od obowiązkowej wizyt w parku narodowym Timanfaya milej wspominam niedzielne popołudnie na playa Famara. Tylko słońce, ocean, wiatr, La Graciosa i “zero” turystów!
    Za to pełno tubylców, a raczej “tambylców” czyli 100% Canarias.
    Czego wszystkim rodakom przynajmniej raz do roku życzę.

    1. Przeswietne fotki 🙂 zawsze odwiedzamy Gran Canarie ale w tym roku chyba zmienimy plany. Pozdrawiam cieplo 🙂

      1. Gran Canaria jest super, ale jeśli jeszcze nie widzieliście Lanzarote, to warto się tam wybrać! Odpozdrawiam 🙂

  2. Myślę, że Twój wpis to tylko mała zachęta do zwiedzenia Lanzarote. Odwiedziłam ją kilka razy i dalej nie jestem nią znudzona. Jestem oczarowana zarówno tą urokliwą wyspą jak i Cesarem Manrique, którego uważam za takiego dobrego ducha Lanzarote. Polecam też koniecznie odwiedzić La Graciosę – odbyć wycieczkę na rowerową po niej oraz spojrzeć na nią z drugiej strony czyli z Mirador del Rio.
    Pozdrawiam 😉

  3. Witam, jestem w trakcie zwiedzania tej małej, ale jakże magicznej wyspy. Dzięki za kilka wskazówek i świetną galerię zdjęć, oraz być może do zobaczenia 😉 Pzdr

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *