Kiedy się dowiadujesz, że twój kumpel jest bohaterem

Kiedy się dowiadujesz, że twój kumpel jest bohaterem

Ta wiadomość dotarła do nas podczas naszej zimowej podróży, gdy byliśmy gdzieś między Frankfurtem a Krakowem zajęci upychaniem rzeczy w walizkach, walką z zimą, otulaniem się kolejnym swetrem i smakowaniem grzanego wina. I co by tu dużo nie mówić – ta wiadomość dosłownie zbiła nas z nóg. Nie za bardzo wiem, jak pisać o bohaterach, żeby nie wyszło tandetnie, łzawo i ckliwie. Tym bardziej, gdy bohaterem okazuje się mój własny kanaryjski znajomy, przyjaciel, a ja mam zwyczajnie i ckliwie łzy w oczach.

Claudio Romero, 44-letni strażak z Gran Canarii, wolontariusz Czerwonego Krzyża. Przedstawiam go wam z imienia i nazwiska, i nie wymyślam mu żadnego pseudonimu. W listopadzie tego roku Claudio w międzynarodowej grupie ratowników na Morzu Śródziemnym wyławiał z wody dryfujących na barkach imigrantów.

Hiszpanie mają na te łodzie imigrantów specjalne słowo. Pátera to według definicji językoznawców mała drewniana łódka z płaskim dnem. Zostawmy jednak na boku książkowe definicje, bo przecież każdy Hiszpan wie, że słowo to oznacza również ponton, starą, dziurawą barkę, sklecone z byle czego obiekty pływające, na których bez celu i bez steru dryfują imigranci, z nadzieją, że jakoś uda się dostać do Europy i nie umrzeć przy okazji. Takich właśnie pater szukają wolontariusze i wyławiają z nich ludzi, którzy jeszcze są przy życiu.

22 listopada o czwartej nad ranem Claudio wraz z innymi ratownikami pomagali rozbitkom z kolejnej już patery.

Było wcześnie rano, nasza trzecia akcja ratunkowa, wszystko spowijały ciemności. Wziąłem do rąk coś, co wydawało się zawiniątkiem materiałów i koców, i pod spodem był on… znieruchomiałem, chwilę mi zajęło, by zareagować. Ciągle jeszcze miał łożysko i pępowinę przyklejone do ciała – tak kanaryjski strażak relacjonuje przebieg zdarzeń na łamach gazety El Mundo.

Ratownicy przyznają, że często zdarza im się widzieć dzieci wśród imigrantów, ale nigdy jeszcze nie zdarzyło się zobaczyć dziecka, które przyszło na świat tuż przed ich przybyciem na pokład. Matka chłopczyka była wyczerpana, nie mogła się ruszać. Ratownicy wynieśli ją wraz z nowo narodzonym synem na pokład łodzi ratunkowej. Trzeba było szybko ogrzać wychłodzonego noworodka. Ważne było, by maleństwo mogło się przytulić do matki i by ogrzała go ciepłem swojego ciała. Lekarze zdjęli z przemarzniętej kobiety przemoczone ubranie, okryli ją prześcieradłami, kocami, kocami elektrycznymi. Zarówno mama jak i dziecko przeżyli. Ostatecznie trafili do szpitala na Sycylię.

Kilka godzin później dostałem telefon z ośrodka dla uchodźców na Sycylii. Chłopak, który dzwonił, chciał mi powiedzieć, że matka noworodka pytała o mężczyznę, który uratował jej dziecko. Chciała wiedzieć, jak się nazywam, żeby tak samo nazwać swojego syna. Wzruszyłem się mocno, rozpłakałem się – przyznał strażak dziennikarzom gazety.

Matka maleńkiego Claudio Romero pochodzi z Gambii, ojciec dziecka opuścił ją, gdy przekraczali Libię. Chłopczyk urodził się na już na europejskich wodach Morza Śródziemnego, będzie więc miał włoski paszport. Duży Claudio Romero za jakiś czas chce się wybrać do Włoch, by sprawdzić jak się czuje jego imiennik.

Artykuł, który ukazał się w gazecie El Mundo, opatrzony zdjęciem małego Claudio Romero

Bardzo mi zależy, żeby ten tekst nie stał się przyczyną jałowej, nikomu niepotrzebnej, bezsensownej, internetowej burzy o imigrantach z krajów afrykańskich lub arabskich w Europie, dlatego komentarze są wyłączone. Ten post jest opowieścią o tym, w jakich okolicznościach przyszedł na świat mały Claudio Romero. A jedynym komentarzem niech będą słowa mojego kanaryjskiego przyjaciela, strażaka, który uratował chłopcu życie:
Nie jestem żadnym bohaterem. Nie nazywajcie mnie tak, proszę, ja się tak nie czuję.
Bohaterkami są matki, takie jak matka tego chłopca, które decydują się na ryzykowną podróż, żeby dać swoim dzieciom szansę na szczęśliwe życie.

Pojechałem tam nie tylko po to, żeby pomóc, ale także by na własne oczy przekonać się, co się naprawdę dzieje. Żeby nie widzieć zdarzeń zniekształconych przez media, ale zobaczyć te prawdziwe, realne, opowiedziane oczami ludzi, którzy cierpią. Opowieści, które mówią o niewolnictwie, gwałtach, o matkach, które nie mają co dać jeść swoim dzieciom, o dzieciach, które zimną nocą wsiadają na łódź, bez kamizelek ratunkowych i bez gwarancji, że przeżyją. (…)
Tracę wiarę w ludzkość, kiedy słyszę osoby, które mówią mi, że ja będąc tam i ratując imigrantów, w ten sposób zapraszam kolejnych, by przybywali do Europy. Zginęło już ponad czternaście tysięcy osób, które próbowały przekroczyć Morze Śródziemne, to nie jest żadna wycieczka jachtem.
Wszystkich tych, którzy wolą spoglądać w inną stronę, “zapraszam”, by zabrali swoje jedyne okrycie i podczas zimnej nocy wybrali się w morze na jakiejś marnej łodzi, nie informując nikogo, bez kamizelek ratunkowych, bez żadnych gwarancji i myśląc, że cokolwiek by się nie stało, to i tak będzie lepsze od powrotu, powrotu do głodu, gwałtów, niewolnictwa i braku nadziei.
ja tam będę, żeby pomagać bez oceniania, bez zadawania żadnych pytań, z uśmiechem, ponieważ każdemu należy się szansa, by żyć.


Comments are closed.