Karnawałowy ból głowy

Karnawałowy ból głowy

Jako mieszkanka Wysp Kanaryjskich od lat niemal sześciu, nigdy nie byłam wielkim fanem jednej z największych atrakcji tych wysp – karnawału. Tak się zawsze składało, że w pierwszych miesiącach roku, gdy jedna po drugiej sypią się fiesty, ja akurat zajęta byłam jakimś moim własnym małym zamieszaniem, czy to osobistym, finansowym, czy podróżniczym albo miałam akurat na rano do roboty. Zatem, gdy pod koniec minionego weekendu Kanaroniemiec wyraził pragnienie pójścia na karnawał, takież pragnienie wyraził jego Kuzyn Na Wakacjach, a podobneż pragnienie wyraziło grono znajomych, nie za bardzo miałam siłę przebicia w negowaniu tego pomysłu. Zgodziłam się na udział w imprezie i przyłączyłam się do przygotowania stroju.

Przebranie to rzecz konieczna i nieodzowna. Dzięki niemu w dniu, gdy obywa się wielka parada, czyli la gran cabalgata, nie będziesz na ulicy w wielkim tłumie jedyną osobą odzianą w normalne ciuchy. Zanim jednak przejdę do stroju, napomknijmy krótko o datach. Wiele osób zapyta bowiem na wstępie: ale jaki karnawał, przecież środa popielcowa była już jakiś czas temu. Otóż karnawałowy program na Wyspach Kanaryjskich nie jest zbyt ortodoksyjnie dopasowany do kalendarza liturgicznego, myślą przewodnią organizatorów jest raczej, by się wyrobić przed Wielkanocą, nie zaś przed całym czterdziestodniowym postem. Karnawał niejako „przechodzi” przez wszystkie wyspy, to znaczy świętuje się go po kolei w różnych miejscach. Gdy zakończy się w danej miejscowości, zaczyna się w następnej itd. Najsłynniejszy i najbardziej hucznie obchodzony jest na Teneryfie, ten z Gran Canarii depcze mu po piętach.

W minioną sobotę odbywała się właśnie wielka parada na południu Gran Canarii, w Playa del Inglés. A nam brakowało stroju, bo w przeciwieństwie do tubylców, nie planowaliśmy go, nie szyliśmy w pocie czoła, ani nie biegali po sklepach w gorączce na wiele miesięcy przed. W piątek wieczorem udaliśmy się do sklepu z przebraniami. Oczopląsu można dostać od tej mnogości kostiumów różnych. Zamarzyło mi się zostać kapitanem samolotu, ale uniform kosztował ponad trzydzieści euro (tyle co ostatnio zapłaciłam za bilet do Polski). I wcale nie był to najdroższy z kostiumów, inne opiewały na kwotę sześćdziesięciu albo i więcej. Uroczy był też kostium syrenki morskiej dla niej i Neptuna dla niego, taki duet. Niestety, kicz tak bił po oczach, że żaden z panów nie chciał się przyłączyć do tej stylizacji. Ostatecznie kupiliśmy po wielkim sombrero i plastikowej spluwie, a z narzuty znalezionej w chińczyku nieopodal (tzn. sklepie z chińską tandetą) sprawiliśmy sobie meksykańskie ponczo.

Kolejnym etapem po przygotowaniu strojów i zaopatrzenia – każdy kitra ze sobą jakieś napoje, niektórzy mieli nawet efektownie przyozdobione sklepowe wózki z płynnymi zasobami – trzeba jeszcze odstać swoje w wielkim korku, minimum godzinę. Autostrada z Las Palmas na południe Gran Canarii zapełnia się sznurami samochodów i autobusów, a w środku poprzebierani ludzie. Śmiem twierdzić, że to najweselszy korek, jaki widziały Wyspy Kanaryjskie. W rytmie dudniącego z samochodów reggaetonu, a gdzieniegdzie, od czasu do czasu także i przeboju minionego lata Despacito.

Po tak miło spędzonej podróży można nie wjechać do Playa del Inglés, bo drogi są pozamykane i zaparkować w nieodległym San Fernando. A potem w kolorowym tłumie, z jaskiniowcami, Kenem i Barbie, Czerwonym Kapturkiem, Kupidynami, Neptunem, który dumnie, w jednej ręce dzierży trójząb, w drugiej torbę z Lidla, ruszyć z buta na karnawał.

La gran cabalgata dumnie sunie ulicami, jedzie na przyozdobionych tirach z platformami. Każdy taki tir to carroza, czyli kareta, każda dudni w rytm swojej muzyki. I na każdej pełno tańczących ludzi. Można się przyłączyć i ruszyć pieszo za karocą, można poczekać na kolejną, a jest ich w takim pochodzie kilkadziesiąt. Można stanąć z boku niczym publiczność na zawodach kolarskich. Można przynieść swój sprzęt grający, instrument i na ulicy obok rozkręcić swą własną imprezę. Cisza nocna nie istnieje, nie istnieje też obowiązujący na co dzień zakaz piwa alkoholu w miejscach publicznych. Można pić piwo i spoglądać w oczy stojącym obok policjantom. Można też stracić rachubę, który policjant to ten prawdziwy, a który przebierany.

Orszak zmierza do Yumbo, znanego na Gran Canarii centrum handlowo-rozrywkowego. Tam jest wielka scena, a pod sceną, wiadomo, tańce. Karnawał, jak to karnawał, typowo. Dużo muzyki, pląsów, szczęśliwych ludzi, rozweselających napojów, siusiania w bramach i pod palmą.

Następnego dnia jest niedziela. A w niedzielę… Jak to mawiają na Kanarach: él que tiene buena noche, no puede tener buen día. Ten, kto ma udaną noc, nie może mieć udanego dnia. Amen.

 

A to wszystko kończy się pogrzebem sardynki

Pogrzeb sardynki


8 thoughts on “Karnawałowy ból głowy

  1. Byliśmy! Nie mając wcześniej świadomości, że właśnie na czas naszego pobytu w Maspalomas (02-12.03) przypada czas karnawału. Najpierw w środę byliśmy na karnawale dla dzieci z synkiem a później udało się nam wyrwać w sobotę na wieczorną imprezę. Wszystko było tak jak napisałaś włącznie z tym, że byliśmy jedyni nieprzebrani na paradzie. Nie mniej było super! Następnym razem będziemy przebrani.

    1. Pewnie różne czynniki się złożyły na powstanie takiej tradycji, no ale bezsprzecznie klimat odgrywa tu ważną rolę. 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *