Kanaryjskie poczucie odległości

Kanaryjskie poczucie odległości

Lanzarote – niecałe 846 kilometrów kwadratowych, Fuerteventura, już nieco większa, bo o powierzchni 1660 kilometrów kwadratowych. Gran Canaria, znowu mniej, tych kilometrów kwadratowych liczy sobie 1560. I nawet Teneryfa, największa z archipelagu Wysp Kanaryjskich, nie zmienia jakoś wielce obrazu sytuacji ze swoimi 2034 km. Wiadomo, wyspy są zróżnicowane, jest na nich co robić, ale wszystkie urocze atrakcje skupione są na stosunkowo niewielkim terenie.

Gdzieś mniej więcej po roku mieszkania na Lanzarote dopadł mnie syndrom kręcenia się w kółko. Kręcenie to było dosłowne, zupełnie niemetaforyczne, a dokładniej mówiąc, geograficzne. Budząc się w wolną niedzielę, człowiek miał trudne zadanie do wykonania, chciałoby się gdzieś pojechać, ale w nowe miejsce, gdzie się jeszcze nie było. Hm, może by tamten wulkan albo tę wioskę obejrzeć jakoś tak z drugiej strony. Nie było już bowiem żadnego miejsca, w którym bym jeszcze nie była, żadnej nieznanej jeszcze mieściny, żadnej niewidzianej jeszcze góry. Nieustannie domagający się nowości mózg, nie miał już punktu zaczepienia.

Szybko też zmienia się pojęcie odległości. Z Costa Teguise, gdzie mieszkałam, na południe wyspy do miejscowości Playa Blanca, jest około pięćdziesiąt kilometrów. Obiektywnie patrząc, to blisko.

– Co? Chcesz do Playa Blanca dzisiaj jechać? Rany, tak daleko! – słyszałam wiele razy od zdziwionych Kanaryjczyków. I dziwiłam się, o co im chodzi, przecież pięćdziesiąt kilometrów to jest nic. Aż do czasu, gdy kiedyś patrząc na mapę i myśląc, że trzeba było akurat do tej Playa Blanca pojechać, westchnęłam boleśnie: jeju, jaki kawał drogi! I zaraz przyszło otrzeźwienie: rany, myślę jakbym była stąd.

To kanaryjskie poczucie odległości odzywało się także na lądzie stałym, czy to w hiszpańskiej Andaluzji, czy to na pagórkach południowej Polski.

– Jedziemy już dwieście kilometrów i wyspa się nie kończy – wykrzykiwałam zachwycona, podczas gdy współtowarzysze podróży pukali się wymownie w czoło.

Na Fuerteventurze było już nieco inaczej, ze względu na ukształtowanie wyspy. Jest ona dosyć długa i wąska. Z Corralejo na północy do Morro Jable na południu jest aż sto dwadzieścia kilometrów. Ta odległość może już dawać takie poczucie, że się jedzie gdzieś dalej niż za miedzę.

– Pakuję rano walizkę, ładuję rzeczy do samochodu i mam poczucie, że jadę w podróż. Niesamowite – opowiadałam Młodemu Przystojnemu, który zamieszkiwał południe wyspy, podczas gdy ja stacjonowałam na północy.

Tak, zdecydowanie na Fuerteventurze znowu można było zacząć używać zdań typu: to ja już jadę, bo mam jeszcze kawał drogi do domu. Albo: będę się zbierać, żeby zajechać zanim się ściemni. W wyjątkowych sytuacjach, może ze dwa razy do roku, można było używać zdań typu: pojadę przed piętnastą, bo na później zapowiadają deszcze. Z tym deszczem to w ogóle na Lanzarote i Fuerteventurze była odrębna sprawa. Padał tak rzadko, że kto by sobie zaprzątał głowę sprawdzaniem, jak się włącza szybki tryb wycieraczek w nowym aucie. Ani jak się włącza ogrzewanie. I tak jechałam sobie kiedyś z Polką z Aloesu przez Lanzarote, gdy nagle ni z tego, ni z owego mocno lunęło.

– Ty wiesz, ja nie wiem, jak tu się te wycieraczki na maksa uruchamia – przyznałam ze wstydem.

– Nic się nie przejmuj, prowadź spokojnie, a ja znajdę – zareagowała bohatersko. W sumie, nawet gdyby nie znalazła, to przecież i tak nie jechałyśmy daleko.

Odległości na Gran Canarii w porównaniu do Fuerteventury znowu się nieco skurczyły, wyspa jest bardziej okrągła. Ale w większości pokryta górami, więc wspiąć się na wysokość niemal dwa tysiące metrów, pokonując zaledwie czterdzieści kilometrów po wąskich krętych drogach, zajmuje dużo czasu. Do tego krajobraz zmienia się nie do poznania, zamiast palm, pojawiają się sosny i mózgowi wydaje się, że to już wielka podróż. Ta różnorodność chroni więc nieco szare komórki przed syndromem kręcenia się w kółko.

A Teneryfa? Teneryfa jeszcze lepiej. Największa i zróżnicowana. I miasto, i góry, i lasy, można sobie pojeździć. Ale i tak ciągle jeszcze jesteśmy na wyspie. I za daleko nie pojedziemy, bo trafimy na ocean.

Ma to też i swoje plusy. Trudniej się zgubić. Zawsze trzeba spojrzeć, z której strony mamy wybrzeże, z lewej, z prawej, z tyłu, czy z przodu i już wiadomo, czy jedziemy w dobrą stronę. Czasem tylko trochę brakuje. Tych bezkresnych przestrzeni, uciekającej, wraz z pokonywanymi setkami kilometrów, linii horyzontu. Dlatego od czasu do czasu musimy się wybrać na kontynent. Na ląd stały. Do cywilizacji.


2 thoughts on “Kanaryjskie poczucie odległości

  1. A ja mam chyba na odwrót:) Za wszystkich odwiedzanych krain geograficznych najbardziej lubię wyspy. Może dlatego, że wyjeżdżam maksymalnie na kilka tygodni?
    Wyspy stanowią dla mnie zamknięty świat, osobny kontynent, niezależny organizm. Ograniczone terytorium powoduje, ze jest w stanie objąć je myślą, zaplanować wędrówkę, mieć wrażenie rzeczywistego poznawania nawet najmniejszych wiosek i zakamarków. W przypadku olbrzymich krajów nie jest to możliwe – siłą rzeczy skupiam się albo na wycinku kraju (rezygnując z bólem z pozostałych części i nie poznając wcale całego państwa), albo jeżdżę “po łebkach”, zawieszony gdzieś pomiędzy największymi miastami, walcząc z czasem i poczuciem kolejnej mijanej szansy.
    Na koniec, przebywając na wyspie, w zamkniętej społeczności, szybciej jestem w stanie poczuć się jak w domu, jak u siebie, a to poczucie lubię chyba w podróżowaniu najbardziej.

    1. O Misza, miło, że wpadłeś 🙂
      Myślę, że mamy podobnie. Zgadzam się z Tobą w kwestii zwiedzania. Tylko wiesz, ten post pisany jest z punktu widzenia osoby, która się na taką wyspę przeprowadza i na niej mieszka. Chodzi o życie w miejscu, w którym masz poczucie, że znasz już każdy kamień i więcej nie poznasz, bo ogranicza Cię ocean z każdej strony.
      Super się mieszka na wyspach, ale ma to też i swoje minusy.
      Pozdrawiam 🙂

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *