Kanaryjski luz

Kanaryjski luz

Co za dzień. Co za życie. Co za luz. Można obudzić się rano, pójść z psem, którym się chwilowo opiekuję, popracować co nieco nad swoimi pomysłami. Praca oszczędnie dozowana, z przyjemności i z przyjemnością, bez stresu i nadmiernej spiny (jeszcze nikt za nią nie płaci, ale o tym ci…). Można pójść na plażę, w pełnym słońcu, w cieple, pod nieprzyzwoicie, bezczelnie i absolutnie błękitnym niebem. Ocean przy pierwszym kontakcie z małym palcem wydaje się zabójczo chłodny, ale wystarczy przejść kawałek wzdłuż brzegu, by wydał się najprzyjemniejszym z oceanów i kusił niepomiernie, by do niego wleźć. W tym grudniu, tego dnia, na tej wyspie, na tej plancie.

To jeden z takich ulubionych dni na archipelagu, gdy nie tylko na zewnątrz, ale nawet i w głowie człowieka rządzi luz. A zarządzić luz w swoich zwojach mózgowych to wyczyn nie lada, bo te jak wiadomo lubią się rozgrzewać do czerwoności pod sklepieniem czaszki każdego homo sapiens.

Może to ta plaża, a może ten odpoczynek, a może ta woda przychodząca i odchodząca z falami nadają temu dniowi taki rytm. Bardzo dużo słońca.

Plaża Las Canteras w Las Palmas na Gran Canarii


One thought on “Kanaryjski luz

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *