Kanaryjska odyseja mechaniczna

Kanaryjska odyseja mechaniczna

Czas na jakieś techniki relaksacyjne, głębokie oddychanie, jogę ze zwisem głową w dół, mindfulness, zbieranie paproci i grzybów w lesie po nocy. Trzeba rozluźnić mięśnie, kark, walnąć sobie meliskę, zrobić masaż skroni. Zbliża się bowiem nieuchronnie. To straszne wydarzenie. Wizyta u mechanika. Tego od samochodów.

Zaczęłam źle. Przybyłam do nowego kraju, kiepsko mówiłam po hiszpańsku, kupiłam moje pierwsze w życiu auto, choć ledwo minął rok, od kiedy dostałam prawo jazdy i z prowadzenia samochodu pamiętałam tylko, gdzie jest kierownica, a gdzie tylna szyba. Na szczęście znajomy mechanik, który wprawdzie pracował na statkach, ale szkołę samochodową miał zrobioną, pomógł w zakupach. Pojechaliśmy oglądać wypatrzone auto, sprzedawca spojrzał na nas oboje i już wiedział, z kim rozmawiać. Do mnie się prawie wcale nie odzywał. Otworzyli maskę, wsadzili tam głowy, pukali, stukali. Ja tylko oceniłam, że samochód jest terenowy, czerwony, ma wejście na mp3. Takie były kryteria.

Po trzech, czy czterech miesiącach przeżyłam pewną przygodę na parkingu. To było tak:

Pojechałam do Arrecife, stolicy Lanzarote, na kawę z kolegą z pracy. Jako że świeżo co miałam to auto, to rozmawialiśmy dużo na tematy związane z motoryzacją, jakoś tak też o tym, co się dzieje, gdy rąbniesz w kogoś na parkingu. To był nasz główny temat. I bardzo żartobliwie, mówiliśmy tak, jak gdybym to już była zrobiła. Znaczy się rąbnęła była. Nawet się tak rozstaliśmy, on mówiąc:

– Tylko jak będziesz rozwalać auta na parkingu, to oprócz mojego – śmiał się do mnie.

– A jakie Ty masz auto? – dopytywałam się. – Żeby wiedzieć, które omijać – odpowiedziałam. I nagle przyszło otrzeźwienie.

– O czym my gadamy. Przecież ja nie będę żadnych kraks powodować – powiedziałam i poszłam na parking. I tam, wyjeżdżając, uderzyłam w stojący samochód tak, że go przesunęłam i uderzył w kolejne auto. A wszystko pod nosem dwóch policjantów, którzy właśnie patrolowali ten rejon. To było tak:

Na tym parkingu byli panowie, którzy zbierali drobne. Żadni tam oficjalni pracownicy. Legenda miejska głosi, żeby tym panom zawsze rzucić z dziesięć eurocentów, bo jak nie, to mogą się zdenerwować, znielubić i porysować auto. Jechałam sobie więc szeroką jak stadion narodowy alejką, z jednej strony zaparkowane auta, z drugiej strony zaparkowane auta, luz blues. Nagle, z lewej strony pojawił się ten pan. Jak ja się skupiłam, żeby te drobne z portfela wysupłać, a portfel z damskiej torebki, co jak powszechnie wiadomo, nie jest łatwe. Jak ja wyciągałam rękę przez otwarte okno, do tego pana, żeby mu te drobne wcisnąć, jak ja bardzo nie patrzyłam na wprost, tylko w lewo i nie zahamowałam, a samochód się tak toczył i toczył. Jednak na tej szerokiej jak stadion narodowy alejce pewna toyota wielka i terenowa zaparkowała tak, że cały tył wystawał. I jak już ogarnęłam się z płatnościami za parking, i spojrzałam w przednią szybę, to ta toyota już tam była i moje auto w nią trzasnęło. I rozbił mi się reflektor.

Zaraz przyszli policjanci, poprosili o dokumenty i bardzo byli zdziwieni, jak to się mogło stać, żeby w takim miejscu w coś walnąć. Funkcjonariusze owi byli naprawdę fantastyczni. Wypadłam z auta, pytając ich rozpaczliwie:

– I co teraz? Co teraz? Ile to będzie kosztowało? Czy ja mam płacić? Na przesłuchanie jechać? Boże, przecież kupiłam bilety na samolot do mojego kraju! Czy oni mi pozwolą lecieć do mojego kraju?

Naprawdę medal dla hiszpańskiej policji za szybkie i fachowe załatwienie sprawy oraz udzielenie sprawcy kolizji, czyli mnie, pomocy psychologicznej. Później została mi już tylko wizyta u mechanika. I to było tak:

Wchodzę do warsztatu. Mechanik patrzy na mnie. Widzi kobietę. Już wiem, że mój rachunek rośnie o sto euro. Zaczynam z nim rozmawiać. Średnio mówię po hiszpańsku. Mechanik w głowie dopisuje mi kolejne sto euro. Jestem z innego kraju. Zapłacę jeszcze sto euro drożej. Nie mam zielonego pojęcia o samochodach. Bach, sto euro do rachunku.

Czterech czy pięciu ich stało nad tym autem, patrzyli się na rozwalony reflektor, wzdychali, drapali się po brodach, kręcili głowami, łapali się pod boki.

– Oj, to skomplikowane jest – usłyszałam. – Dużo pracy, bardzo dużo pracy, no tak z siedem godzin pracy. Skomplikowane, trudne. Osiemset euro.

– Co? – nagle w momencie dostałam daru języków i zaczęłam mówić z akcentem kanaryjskim. Ja mogę być z innego kraju i się nie znać, nawet mnie można naciągnąć, ale to jednak przesada była.

Na Fuerteventurze mechanik był cudowny, profesjonalny, kasował tyle, ile się należało i skoro w telewizji mówią, że dobra wiadomość, to żadna wiadomość, nie będziemy ciągnąć tego wątku i przenieśmy się już na Gran Canarię. Na Gran Canarii bowiem drzwi od strony kierowcy zaczęły opadać. I opadać. Strach był, że jak się je otworzy, to wylecą. Nauczyłam się wsiadać do auta i wysiadać od strony pasażera, i jakoś to było. W końcu jednak musiałam rozwiązać ten problem. To jednak było już z kategorii blacharstwo i lakiernictwo, wyższa szkoła jazdy. Kolega z pracy, Hiszpan z Gadką zaoferował się, że pojedzie ze mną do znajomego mechanika. I tak mu coś nagada, żebym nie musiała płacić jak za zboże. To było coś, bo Hiszpan z Gadką naprawdę ma gadkę. Widziałam to i słyszałam w hotelowej recepcji. Gdy ktoś przychodził się skarżyć, on zawsze mu tak naopowiadał, namieszał, że koniec końców klient był zachwycony, wdzięczny, szczęśliwy i w ogóle zapominał, co się nie podobało.

Nasza wizyty u mechanika zaczęła się od tradycyjnego:

– Ty się nie odzywaj, ja będę mówił – pouczył mnie Hiszpan z Gadką. Jak będę milczeć, jest szansa, że mi rachunek nie wzrośnie o parę stów. Tak więc zrobiłam a on nawijał, nawijał i nawijał. Że co tam, jak tam, co słychać, jak tam siostra, mąż siostry, córka siostry i szwagier, że faktycznie dziś gorąco, jak tam dziewczyny, hehe, a tu jest taka Polka, takie ma auto, napraw jej ładnie auto, a przyprowadzi koleżanki z Polski, hehe, tu nastąpiło porozumiewawcze rąbnięcie mnie z łokcia i mrugnięcie okiem, sygnał, że ja też ma się śmiać. Bardzo się Hiszpan z Gadką starał, nie powiem, sukces miał, ale tak pół na pół. Mechanik nie zawyżył ceny co prawda, ale też i nie dał rabatu. Nawet teoretyczne koleżanki, dziewczyny z Polski nie pomogły.


2 thoughts on “Kanaryjska odyseja mechaniczna

  1. Skąd ja to znam ? Przeprawy z mechanikami !
    Ale lepszą sytuacją jest ta , kiedy juź ma sie wiele lat auto i wie się co w środku jest , bo lubi się wiedzieć , bo akurat to jest interesujace dla jakiejś kobiety. Oooo to wtedy podejrzliwość nie zna granic. Najpierw Cię nie słuchają i patrzą ponad głową gdzieś tam jakbyś była nieobecna i pod nosem się uśmiechają , co ma oznaczać całe spektrum pogardy dla wiedzy kobiety. A jak juź łaskawie sprawdzą i kobieta miała rację to strasznie się złoszczą i atakują pytaniem-“Co ? Pani mnie sprawdza?” Ja cicho i grzecznie mówię,że nie i że chciałam naprawić to……

    A ja mam pytanie, prośbę. Może Pani coś napisać o lokalnych wyrobach , rękodzieło, potrawy.Czy są jakieś targi na Fuercie i które mają lokalne produkty i wyroby rękodzielnicze. Zakochałam sie w tej wyspie i będę tam latać , ale tym razem byłam bardzo zmeczona i chcialam tylko wody i slonca więc z założenia nic nie zwiedzałam.
    A czy jakieś koncerty muzki poważnej lub wystawy sztuki mają miejsce na Fuercie ?

    1. Pani Ewo,
      Może Pani na przykład zajrzeć tu http://visitfuerteventura.es/pl/localizacion-ocio/todo/ albo tu http://www.oyccanarias.com/ Na tych stronach zamieszczane są informacje o wydarzeniach kulturalnych. W zakładce języki może Pani wybrać polski. Niestety strony są tłumaczone przez automatyczne translatory a nie żywych ludzi, więc czasami jest nieskładnie i niegramatycznie, ale można zrozumieć. Koncerty odbywają się na przykład w Auditorio Insular de Fuerteventura, czyli w głównym audytorium na wyspie. Tu już trudniej znaleźć informacje po polsku czy angielsku. Może tu https://entrees.es/eventos/auditorio-insular-de-fuerteventura_47 Czasem w Auditorio zdarzają się prawdziwe perełki, jak występy baletu moskiewskiego.
      Poza tym proszę sprawdzić na miejscu lokalną ofertę w miasteczku, w którym się Pani zatrzyma. Na przykład w barach Corralejo często zdarzają się występy na żywo na dobrym poziomie. Nie wszystko publikowane jest w sieci.
      Lokalne markety odbywają się m.in. w Corralejo, Puerto del Rosario, Morro Jable. Moim zdaniem najlepszy jest w La Lajita, tuż obok Oasis Park. Można tam dostać pyszne lokalne produkty: chleb, sery, miody, kanaryjską mąkę zwaną gofio. Jeśli interesują Panią lokalne produkty to proszę też zwiedzić Museo de Queso, czyli muzeum sera w Antigua oraz skansen Ecomuseo La Alcogida (po drodze z La Oliva na południe), gdzie wypiekany jest tradycyjny chleb.
      Odsyłam też Panią do przewodnika po Fuerteventurze mojego autorstwa, wyd. Pascal.
      A wpisy o Fuerteventurze oczywiście będą się regularnie pojawiać na blogu.
      Miłego zwiedzania!

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *