Jak kupują narody

Jak kupują narody

Jedna z moich rozlicznych prac na wyspach (w sumie było ich pięć w ciągu niespełna dwóch lat – prac, a nie wysp) to sprzedawanie w centrum aloesowym na Lanzarote i Fuerteventurze. Wchodzi klient, trzeba mu więc wytłumaczyć co to takiego ten aloes, do czego służy, pokroić roślinę na jego oczach i dać mu się tą rośliną wysmarować. Troszkę opowiedzieć o produkcji, w jakim klimacie aloes rośnie najlepiej, a później wysławić pod niebiosa aloesowe soki i kremy. Po jakimś czasie odkrywasz, że każda nacja kupuje na swój sposób.

Anglicy:
Są szalenie uprzejmi i wszystko im się podoba.
– My pracujemy z odmianą, która nazywa się Aloe Vera Barbadensis Miller.
– Oh, lovely!
– Na całym świecie jest około trzystu różnych odmian aloesu.
– Oh, lovely!
Aloe Vera Barbadensis Miller pochodzi z Wysp Kanaryjskich i Wysp Zielonego Przylądka.
– Oh, lovely!
– Gdy przekroimy liścia, pierwsze, co widzimy, to żółta substancja zwana aloiną. Pozbywamy się jej, bo jest potwornie gorzka i silnie przeczyszczająca.
– Oh, lovely!

Niemcy:
Niemcy muszą wszystko wiedzieć. Niemcy zastanawiają się długo, pytają o wszystko. Skąd pochodzi witamina C, którą używacie, jak działa maszyna, za pomocą której robicie krem do rąk i do stóp? A ten krem z ekstraktem ze ślimaka – jakiego gatunku są ślimaki?
Jedna Niemka w jednym ze sklepów na Fuerteventurze powąchała perfumy, tzn. psiknęła tymi perfumami na bibułkę i tę właśnie bibułkę powąchała. Kilka dni później przyjechała do sklepu oddalonego o trzydzieści kilometrów i spytała, czy może psiknąć sobie tymi perfumami na skórę, bo przecież na skórze to inaczej pachnie. Psiknęła, po czym stwierdziła, że musi to jeszcze przemyśleć.

Francuzi:
Nigdy nie odzywaj się do Francuza w jakimś innym języku niż francuskim. Na dźwięk angielskiego czy hiszpańskiego odwracają się na pięcie i uciekają. Jeśli ośmielisz się powiedzieć Je ne parle pa francais, zobaczysz minę tak oburzoną i zdziwioną, jak gdybyś przyznał się otwarcie, że jesteś barbarzyńcą i na dodatek ci się to podoba. Francuzi, będąc na wyspie tydzień czy dwa, są bardzo odporni na naukę języków obcych. Bronią się nawet przed hiszpańskim Hola i uparcie powtarzają to swoje Bonjour.
Francuzi generalnie przyjeżdżają do centrów aloesowych, bo tak trzeba i tak mówi przewodnik. Kompletnie ich nie interesują enzymy, ani witaminy z aloesu, nie słuchają wyjaśnień, ale przygotowali to swoje osiemdziesiąt czy sto euro i trzeba je wydać. Kupują więc. A potem dzwonią, pytając, do czego służy to coś w butelce z różową etykietą.

Hiszpanie:
– Dlaczego to wszystko jest takie drogie???

Rosjanie:
Rosjan podsumowała jedna z przewodniczek – generalnie nie kupują, ale jak już kupują, to za minimum trzysta euro. Ot, takie drobne wydatki.

Polacy:
Witaminy, minerały, świetne na skórę. Wszystko fajnie.
– Ale jest nalewka z aloesu? To co z tą nalewką????


Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *