Huragan i piłka nożna

Huragan i piłka nożna

Huragan Leslie, wędrując w kierunku Hiszpanii, na szczęście postanowił ominąć Wyspy Kanaryjskie. Dostało się nam jedynie rykoszetem, przyszło lekkie ochłodzenie, czyli ustały na chwilę nieziemskie upały. Pojawiły się chmury, a nawet lekko siąpiący kapuśniaczek gdzieniegdzie, raz na jakiś czas. Opuszczając wybrzeże i udając się w góry, można nawet poczuć taki jesienny feeling i założyć – o zgroza! – sweterek.

Wypatrywanie nadchodzącego lub nie huraganu i zastanawianie się, czy rąbnie nas mocno, czy jednak oszczędzi, wyrwało mnie z lekkiego osłupienia, w które wpadłam ostatnio. Skutkiem zbiegu wydarzeń różnych trafiłam niedawno w miejsce, co do którego myślałam, że moja noga nigdy w nim nie postanie, a dokładniej mówiąc – na stadion piłkarski. I to nie na żadne tam zwiedzanie, ale na mecz piłki nożnej najprawdziwszy.

Jako osoba futbolowo obojętna, która nawet podczas finału mundialu wzrusza ramionami, mówiąc: „strasznie mi jest z tego powodu wszystko jedno”, bo ja z tych, co lubią łyżwiarstwo figurowe, muszę jednak przyznać, że widowisko było całkiem przednie. Piłka nożna w wydaniu kanaryjskim wywołuje też w Polaku szereg zdziwień.

Największym zdziwieniem jest to, że atmosfera meczu jest iście piknikowa. Taki mecz to tutaj rodzinna rozrywka, na którą śmiało można dzieci zabrać. Zero kiboli, nie widziałam ani jednej osoby pod mocnym wpływem mocnych trunków, żadnej agresji, ani żadnego lęku, że człowiek znajdzie się nagle pośrodku naparzających na siebie wielbicieli dwóch drużyn. Nie wiem, czy w Hiszpanii nie ma kiboli, czy też może bojowniczo nastawieni kibice AD Alcorcón po prostu nie mieli pieniędzy na samolot, żeby przylecieć tu z Madrytu, kibicować swojej drużynie i przy okazji obić papy wielbicielom UD Las Palmas. Fakt faktem, że publiczność na meczu przejawiała poziom agresji podobny ludziom zgromadzonym na koncercie poezji śpiewanej. Była to jednak w zdecydowanej większości publiczność gospodarzy. Mimo ich pokojowego nastawienia nie zaryzykowałam, by wstać nagle i ryczeć na całe gardło: „ Alcorcón gola!”

Była też oczywiście trybuna, gdzie zasiadali prawdziwi kibice Las Palmas, tacy na śmierć i życie. Śpiewali, dudnili w bębny całkiem przyjemnie, coś tam skanowali, ale nie dosłyszałam żadnych przekleństw pod adresem przeciwników. Zaprezentowali całkiem niezły program artystyczny.

Być może na ten nastrój wpływał również fakt, że pokarmem zbiorowo spożywanym w czasie meczu był słonecznik. Wokół było widać ludzi łuskających zawzięcie, ja też sporo podskubałam i nawet poinformowano mnie, że można rzucać łupki pod nogi. Zupełnie jak na przewie w szkole podstawowej.

Co do samych drużyn, to grają obecnie w drugiej lidze. Więcej nie wiem, zatem zajrzyjcie sobie zajrzyjcie tutaj oraz tutaj tutaj.

Grali zawzięcie, mecz skończył się remisem. Wprawdzie był i jeden gol, ale sędzia nie uznał.

Co do stadionu, imponujący. Co do widowiska, bardzo ciekawe. Nawet mnie, zupełnie nieczułej na piłkę nożną, bardzo się podobało. A to znaczy, że musiało być świetnie.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *