Hiszpańska jakość życia

Hiszpańska jakość życia

– Fatalnie – tak Rzecznik ocenia stan hiszpańskiej polityki. Młody, trzydziestoparoletni, pracuje jako rzecznik prasowy partii Podemos w jednym z dużych hiszpańskich miast na półwyspie. I opowiada mi z dumą o najnowszej inicjatywie swojego ugrupowania – instalowaniu zsypów na śmieci tak, by bez trudu mogły z nich korzystać osoby niepełnosprawne.

Na Gran Canarię wpada na dwutygodniowe letnie wakacje, odwiedzić rodzinę i przyjaciół. Zawsze staram się wykorzystać te jego wizyty, by podpytać właśnie o sytuację polityczną i ekonomiczną Hiszpanii. Już pięć lat staram się zrozumieć, w jaki sposób działa ten kraj, ale ciągle jeszcze sporo zostało do nauki. Pytam więc Rzecznika, kto z prawa, kto z lewa, kto w środku, kto za kryzys odpowiedzialny i staram sobie rozrysować w myślach jakiś schemat, połączyć kto z kim, za co i po co.

Rzecznik mi tego jednak nie ułatwia. Emocjonuje się, wdaje w szczegóły, wyjaśnia, ile jest tu odcieni, podczas gdy ja jeszcze białego od czarnego nie rozróżniam. Napomyka o przekrętach, o nierozliczonych sprawach, o aferze korupcyjnej, której główni aktorzy umierają ostatnio w dziwnych okolicznościach. Hiszpania w jego opowieściach jawi się jako jakieś polityczne piekło, aż chciałoby się zwiać na Białoruś a może do Chin.

– Ale ten kraj ma jeden ogromny plus – kończy swój wywód. – Tu ludzie mają wysoką jakość życia. Nawet ci, którzy zarabiają mało pieniędzy.

W tym momencie nie mam innego wyjścia, jak tylko przyznać mu rację. Ta mityczna bowiem, niezdefiniowana do końca jakość życia to coś, czym faktycznie cieszy się spora część mieszkańców. A źródeł tej jakości dopatrywałabym się w klimacie, mentalności, nastawieniu ludzi, natężeniu sympatycznych knajpek na kilometr kwadratowy, a dopiero później w warunkach finansowych.

– Pewnie, że w Londynie zarabiałam o wiele więcej – opowiadała mi jedna z Brytyjek na Lanzarote. – Ale w Londynie za wszystko trzeba słono płacić. Jeśli masz czas wolny, a nie masz pieniędzy, to i tak nie bardzo masz, co z sobą i rodziną zrobić. A tu plaża jest za darmo, do życia wiele nie trzeba, parę klapek na cały rok – przekonywała.

Tak wiem, to truizm i banał, ale klimat i przyroda Hiszpanii sprawiają, że człowiek czuje się tu lepiej niż w zimnym, deszczowym kraju. Czysta biologia w połączeniu z chemią, nasłonecznione ciało wytwarza witaminę D, piękne widoki stymulują mózg do produkcji hormonów szczęścia. Wiadomo też, że w samej Hiszpanii klimat się zmienia i nie jest jednorodny. Jednak jak chłodno by nie bywało w Kraju Basków albo w Galicji, to i tak ma się lepszą pogodę niż w takiej, przepięknej skądinąd, Irlandii.

– Klimat ma jednak ogromne znaczenie – rozważała kiedyś na Lanzarote Baskijka, z którą pracowałam w hotelu. – Na przykład w Rosji i na Kubie pewnie podobna bieda, dyktatura, życie na niskim poziomie. Ale na Kubie to musi być o wiele łatwiejsze do zniesienia. Inaczej jest być biednym, leżąc sobie na plaży w cieniu palm, a inaczej w zimnym kraju z małą ilością słońca. Z dwojga złego, to już bym wolała żyć na Kubie – perorowała.

Nie przeprowadziłam żadnych socjologicznych, ani psychologicznych badań w temacie, ale intuicja podpowiada mi, by na liście czynników poprawiających jakość życia w Hiszpanii koniecznie wymienić tutejsze bary, knajpki i restauracje. Jak kraj długi i szeroki, na lądzie stałym i na wyspach, wszędzie ich pełno. I część z nich ma bardzo przystępne ceny. Tak przystępne, że nawet ci najmniej zarabiający, mogą sobie pozwolić, by wyjść od czasu do czasu na kolację z rodziną i przyjaciółmi albo wpadać na kawę do baru obok i uciąć sobie przy okazji pogawędkę z barmanem. Pyszne danie w restauracji z lampką wina to nie jest żaden luksus. Nawet najbardziej znękana pracą sprzątaczka, zmęczony kierowca, sfrustrowany sprzedawca, znudzony emeryt, wszyscy słabo opłacani mogą od czasu do czasu wieczorem ładnie się ubrać, pójść do miłej restauracji, gdzie kelner z gracją nalewa wino i sypie żartami. Dobrze zjeść w towarzystwie bliskich osób i nie umrzeć na zawał na widok rachunku, rzecz tak prosta, a tak uszczęśliwia.

Skoro już świeciło nam słońce przez cały dzień, dobrze sobie pojedliśmy, spędziliśmy czas w miłym towarzystwie, to mamy lepszy humor. Jesteśmy więc milsi dla innych, uśmiechnięci. Wszyscy wokół powtarzają sobie nawzajem, że są guapo, guapa (ładny, ładna). Komplementy, miłe uwagi są na porządku dziennym. Nawet zwrócić się do damy swego serca per gordita (grubaska) to komplement i oznaka czułości! Ona się nie obrazi nic a nic, tylko w zamian da buziaka.

Skoro więc wieczór taki piękny, kolacja dobrze smakuje, a on się w nią wpatruje, jakby była miss świata, to może i łatwiej im później znieść marne pensje, polityków, złego szefa i listopad. Tak mi się wydaje, że właśnie to chodziło Rzecznikowi, gdy mówił o hiszpańskiej jakości życia. Jak przyleci następnym razem na Gran Canarię, to go jeszcze dopytam.

Plaża w miasteczku Tossa de Mar na Costa Brava.

6 thoughts on “Hiszpańska jakość życia

  1. Oj tak… tak, za każdym razem kiedy jestem w Hiszpanii a szczególnie na Kanarach, czuję to szczęście. Dodatkowo jak wspominam sobie Fuereteventurę, która w tym roku znowu odwiedzę, to aż mi się chce płakać ze szczęścia 🙂

  2. Muszę przyznać, że coś w tym jest. Jakkolwiek banalnie to brzmi, ale klimat i prostota życia w Hiszpanii jakoś poprawia jakość życia. Plaża i przystępne ceny (oczywiście pomijając typowe miejsca turystyczne) Sama zastanawiam się, aby osiąść w przyszłości właśnie w Hiszpanii.

    1. Ta przysłowiowa “mañana” na pewno nie jest tak stresująca jak polskie “muszę to mieć gotowe na wczoraj”. No a trudno być szczęśliwym zestresowanym.

  3. Przykłady z miejsca, gdzie mieszkam: od czasu do czasu w jednym z barów widuję znajomą sprzątaczkę z biblioteki miejskiej wraz ze swoimi koleżankami, w innym barze każdego dnia wieczorem przesiaduje pracownica pobliskiego marketu z dziećmi, ksiądz lokalnej parafii cały tydzień stołuje się w restauracji, mieszkająca naprzeciwko para emerytów codziennie o określonej porze udaje się na kawę do swojego baru – taka kawa to bodaj 1,5 eu *2 *30 dni, daje to w sumie 90 eu (blisko 400 zł) w skali miesiąca na samą kawę poza domem, wg mnie coś nie do pomyślenia dla polskiego emeryta.

    1. I zapewne nie tylko o kawę tu chodzi. Tacy emeryci, dzięki temu, że ich na nią stać, mają pretekst, żeby wyjść z domu, nie siedzieć w czterech ścianach. Mogą z kimś pogadać, wiedzieć, co się dzieje w dzielnicy, we wsi itp. I tak zwykłe wyjście na kawę może sprawić, że nie czują się samotni, ani niepotrzebni na emeryturze. Choć może wyciągam zbyt daleko idące wnioski 🙂

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *