Granica między światami

Granica między światami

Granica między lepszym a gorszym światem przebiega dokładnie na posterunku Policji Narodowej w Puerto del Rosario na Fuerteventurze. Tam, gdzie obcokrajowcy czekają w kolejce na wydanie dokumentu NIE, który uprawnia do zamieszkania w Hiszpanii. Na ustawionych w rzędach plastikowych krzesełkach siedzą pospołu obywatele Unii Europejskiej, przybysze z Ameryki Południowej i imigranci z Afryki. I choć obok mnie siedzi czarnoskóry mężczyzna, około czterdziestoletni, ubrany w długą szatę, która przypomina mi marokańską galabiję, szybko zdaję sobie sprawę, że między nim a mną – białą Europejką ktoś postawił mur niemal nie do przebycia.

Mnie traktuje się tutaj lepiej. Policjanci ochoczo zajmują się moimi problemami, wyjaśniają co trzeba. I kiedy czekający ze mną ludzie nagle zaczynają się wpychać przed innymi w kolejkę, ja nie pozwolę, żeby wpychali się przede mną. Ja mogę się tu poskarżyć, ja mam tu swoje prawa obywatela, swoje prawa człowieka, nikt mnie tu nie potraktuje gorzej tylko dlatego, że nie pochodzę z tego kraju. Tego mężczyzny w galabiji nie zauważa nikt. Połowa osób już dawno załatwiła swoje sprawy i wyszła, mimo że on, jeszcze zanim oni przyszli, siedział już w tej kolejce. Sprawia wrażenie, jakby siedział tu całą wieczność. Na jego twarzy rysuje się smutek, pomieszany z pokorą i bezradnością. Udało mu się podejść do stołu, przy którym policjant obsługiwał kolejnych petentów. Zamienili może ze dwa słowa i policjant odesłał tego mężczyznę z powrotem. Wśród tego chaosu, wśród tych przepychających się ludzi, wśród tych niemiłych, czasem zwyczajnie chamskich policjantów, choć dla mnie zawsze są niezwykle uprzejmi, ten mężczyzna nie ma szans niczego załatwić. Nie wiem, jaka frustracja budzi się w człowieku, którego wszyscy tak przepychają z kąta w kąt, ale we mnie budzi się frustracja, gdy na to patrzę. Wszyscy na tym posterunku Policji Narodowej pokazują mi, że pochodzę z jakiegoś „lepszego” świata. Nie wiem, dlaczego wszyscy traktują mnie tutaj lepiej.

Z resztą podobne wrażenie ma się, przekraczając polsko-ukraińską granicę. Obywatele Unii Europejskiej przechodzą spokojnie na drugą stronę, podczas gdy Ukraińcy stoją w potwornie długiej kolejce. Do dziś pamiętam ten kontrast – przejście graniczne w Medyce kilka lat temu, z jednej strony polska młodzież z plecakami, górska, sportowa odzież, kurtki z goreteksu za kilkaset złotych. Z drugiej ukraińskie „mrówki”, ludzie, którzy szmuglują przez granicę po kartonie papierosów, czy po dwie flaszki ukryte za pazuchą, by sprzedać je z zyskiem po polskiej stronie. Babulinki w chustkach, zmęczeni mężczyźni w brudnych, znoszonych swetrach. Wydawało się, że Polska zajmuje się rozrywką, zabawą i spacerami po górach, a Ukraina całymi dniami chodzi tam i z powrotem, żeby pod koniec dnia kupić w sklepie po polskiej stronie najtańszą kaszę i najtańszy chleb.

Ustawiono nas tak więc gdzieś między biednym wschodem i biedną Afryką. O mały włos, bo przecież niewiele brakowało a zostalibyśmy na wschodzie. Całkiem nam jest wygodnie w tych naszych M3, M4, z naszymi kredytami, telefonami komórkowymi i wakacjami na Krecie raz do roku, z tym naszym narzekaniem, że Niemcy, Anglicy i Francuzi mają więcej. Wiadomości telewizyjne serwują obrazy – innej niż nasza – biedy i wojny, ale to gdzieś indziej, nienaprawdę, daleko. Czasem tylko na posterunku Policji Narodowej na Wyspach Kanaryjskich można się zbliżyć do tej granicy. Można sobie tylko uświadomić, że ona jest, rzeczywista, konkretna i namacalna. Można sobie tylko spróbować wyobrazić, co tam za nią jest.


Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *