Góry Ognia. W krainie wulkanów.

Góry Ognia. W krainie wulkanów.

Jest takie miejsce na Lanzarote, które wygląda jak nie z tej Ziemi. Przypomina bardziej jakąś odległą planetę albo może i powierzchnię Księżyca. Ten niecodzienny krajobraz ukształtowany został przez serię wybuchów wulkanów. Gorąca lawa zmiotła stąd wszelkie ślady życia, uformowała góry i doliny. Działo się to w latach 1730-1736. Z perspektywy ludzkiego życia to bardzo dawno, ale studiując procesy geologiczne w historii naszej planety, można powiedzieć, że właściwie zdarzyło się to chwilę temu. I takie ma właśnie wrażenie, zwiedzając Park Narodowy Timanfaya. Że lawa, którą widzimy, dopiero co zastygła.

Naocznym świadkiem tamtych wydarzeń był ksiądz Andrés Lorenzo Curbelo z miejscowości Yaiza: „Między dziewiątą a dziesiątą w nocy nagle rozwarła się ziemia blisko Chimanfaya, jedenaście kilometrów od Yaizy. Podczas tej pierwszej nocy ogromna góra podniosła się z dna ziemi, a z jej szczytu wydobywał się ogień, który płonął nieustannie przez dziewiętnaście dni”. Tak ksiądz Curbelo opisywał wieczór pierwszego września 1730 roku. Był to początek wybuchów wulkanów, które z różnym natężeniem pozostawały aktywne przez kolejnych sześć lat. Rzeki lawy o temperaturze ponad osiemset stopni i deszcze popiołów zmieniły oblicze tej części Lanzarote.

Wybuchy w Timanfaya miały charakter linijny, oznacza to, że w ziemi otwiera się szczelina, z której wypływa lawa. Takie szczeliny mogą być różnej długości, ciągnąć się kilometrami. Wydostająca się z nich zawartość wypełnia wszelkie obniżenia i nierówności terenu, powstaje teren mniej więcej płaski. Jednak na Lanzarote nie brakło też i mniejszych punktów, z których wydobywała się lawa. Wokół tych miejsc zbierał się wydobywający się z ziemi materiał, w ten sposób tworzyły się stożki wulkaniczne. Za względu na mnogość stożków ostatecznie to wulkaniczne wzgórza zdominowały krajobraz w sercu Timanfaya.

Z licznych kraterów wydostawały się strumienie lawy, które płynąc w dół i mieszając się ze sobą, przykryły jedną czwartą centralnej części wyspy. Docierały aż na wybrzeże, gdzie w zetknięciu z wodą morską tworzyły ogromne kolumny pary, a zastygając, zwiększały obszar Lanzarote.

Początkowo okoliczni mieszkańcy mieli nadzieję, że ten niebezpieczny spektakl przyrody szybko się zakończy. Z czasem jednak, gdy wybuchy nie ustawały, zdali sobie sprawę, że trzeba uciekać. Szacuje się, że w ciągu pierwszych pięciu miesięcy, gdy trwały wybuchy, niemal połowa mieszkańców Lanzarote opuściła wyspę. Zastanawiano się także nad ewakuacją całej populacji. Kompletnie zniszczonych zostało około trzydzieści osad, kolejnych dwadzieścia zostało poważnie uszkodzonych. Utracono obszary uprawne, zbiory, systemy zbierania wody, zwierzęta hodowlane.

Współcześnie zwiedzający Park Narodowy Timanfaya docierają do epicentrum wybuchów. Choć od tamtych wydarzeń minęło już wiele lat, oczom patrzącego wydaje się, że to było bodajże wczoraj, że dopiero co opadł kurz. Ostre, poszarpane, czerwono-czarne góry, zapadłe dna kraterów, wydrążone korytarze, którymi spływała lawa. Widać dokładnie, w którym kierunku płynęła. Zastygnięta, do złudzenia przypomina ręcznie ucierane ciasto, gdy gospodyni na chwilę podniesie dłonie znad makutry, a gęste grudy tworzą fantazyjne wzory i szlaki na wewnętrznych ścianach naczynia. Pracownicy parku pokażą nam, że ziemia pod spodem wciąż jest gorąca. Krajobraz księżycowy, idealny dla scenografii filmu science fiction.

 

Opierałam się na oficjalnej publikacji Parku Narodowego Timanfaya, “Sonidos para un paisaje. Ruta de los Volcanes. Parque Nacional de Timanfaya.’, wyd. 2002. Video autorstwa CACT Lanzarote.


One thought on “Góry Ognia. W krainie wulkanów.

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *