Fuerteventura. Trasa z północy na południe

Fuerteventura. Trasa z północy na południe

Stojąc w korkach w niedzielny wieczór na autostradzie, która łączy południe Gran Canarii ze stolicą wyspy, Las Palmas, znów zaczynam tęsknić za Fuerteventurą. Na Gran Canarii co sobotę sznur samochodów ciągnie z dosyć pochmurnego w tym miesiącu Las Palmas oraz innych północnych zakątków wyspy na wiecznie nasłonecznione i gorące południowe wybrzeże. A w niedzielę wieczorem jadą w przeciwnym kierunku, wracają do swoich domów. I tak się spotykamy na trasie, ja wychodząc o dwudziestej z pracy w Playa del Ingles, z moim pragnieniem, by jak najszybciej wrócić do domu i oni ze swoją nowo nabytą opalenizną i szumem fal w głowie.

Tak suniemy dwadzieścia na godzinę albo stoimy grzecznie w rzędach na trzech pasach i tylko autobus francuskiego biura podróży Thalasso przeciska się na poboczu z prawej strony. To idealne chwile, bym mogła w duchu zapytać moich współtowarzyszy, z którymi dzielę tę autostradę, czy oni muszą z tej plaży co tydzień wracać, gdy ja akurat kończę zmianę. A gdy nie znajduję odpowiedzi, to znów zaczynam fantazjować o Fuerteventurze. O drogach Fuerteventury, po których sunie się szybko, lekko, bez cisnącego poboczem autobusu i w pięknych okolicznościach przyrody.

Sto trzydzieści kilometrów wzdłuż oceanu. Poranną kawę można wypić w jednej z knajpek w Corralejo, tuż nad Atlantykiem. I ruszyć na południe. Pierwsza niespodzianka jest już za wyjazdem z miasteczka. Zaczyna się tu przepiękny pas wydm, którego środkiem biegnie trasa FV-1. Można, a nawet trzeba się tu zatrzymać, by zajrzeć na jedną z plaż, przespacerować po złocistym piasku. Droga przez wydmy to jedna z najpiękniejszych tras Fuerteventury. Numer jeden, podstawa. Przyjemność nie tylko dla plażowiczów, ale i dla kierowców. W ciągu dnia kręci tu się dosyć sporo samochodów prowadzonych przez ludzi jadących na plażę, więc nie bardzo można się rozpędzić, ale też i warto jechać wolniej, by podziwiać widoki. Wieczorami droga przez wydmy jest niemal pusta. Na deszcz trudno tu trafić, ale za to piasek często się przesypuje pod kołami.

Gdy kończą się wydmy, z prawej strony mijamy rzucający się w oczy wulkan Montaña Roja. Tu zaczynają się pola lawy, tereny bardziej płaskie, droga biegnie wzdłuż brzegu oceanu aż do stolicy Puerto del Rosario. Na tym odcinku zdziwionemu kierowcy najbardziej rzucają się w oczy ogromne – jak na rozmiary tej trasy – ronda. Budowniczy kanaryjskich dróg umiłowali sobie bowiem ronda i wciskają je, gdzie tylko mogą. A, jeśli nie mogą, to na skrzyżowaniu malują małe, białe kółeczko, którego nijak nie da się objechać autem, bo droga jest zbyt ciasna. Tego problemu nie ma jednak na trasie FV-1, gdzie wśród pól lawy i kamieni przestrzeni jest sporo. Co jakiś czas przejeżdża się więc przez rondo wielkie niczym lotnisko, dumając, po co tu ono.

Tuż przed Puerto del Rosario szosa (FV-3) nagle odbija w prawo, w głąb wyspy, przez chwilę jedziemy, mając ocean za plecami. Omija się w ten sposób przycupnięte u wybrzeża miasto, mało ciekawe zresztą. Ta część trasy jest wyjątkowa, gdy jedzie się wczesnym rankiem w przeciwnym kierunku, z południa na północ. To moment, gdy droga biegnąca wzdłuż wyspy, nagle prowadzi w poprzek, przez chwilę jedzie się więc wprost na wschodnie wybrzeże. Droga biegnie w dół, schodzi z okolicznych wzniesień. Wcześnie rano przed oczami zaspanego kierowcy roztacza się tu bajeczny widok, samochód tnie wprost na wschodzące nad oceanem słońce.

Wróćmy jednak na naszą trasę w kierunku południowym (FV-2). Minąwszy stolicę, Puerto del Rosario mamy później po drodze lotnisko oraz turystyczną miejscowość Caleta de Fuste, do której można, ale niekoniecznie trzeba zjechać. Jeśli komuś marzy się centrum handlowe albo kino, powinien zajrzeć. A kino to na Fuerteventurze faktycznie towar deficytowy, więc gdy mieszkałam w Corralejo, to jeździłam te pięćdziesiąt kilometrów w jedną stronę, by zobaczyć jakiś film na dużym ekranie.

Dalej po drodze, za Caleta de Fuste mijamy muzeum soli Salinas de Janubio. Można się tu zatrzymać na chwilę i przejść pomiędzy basenami z wodą morską, z której pozyskuje się sól. To kolejny punkt, gdzie trasa znów gwałtowanie odbija w stronę lądu i oddala się od oceanu. Tak poznajemy jej kolejną, piękną odsłonę, gdy znika nagle między wysokimi skalnymi górami, by później przeciąć płaskie pola lawy. Tutaj, już bliżej południa, często zjeżdżałam w lewo na drogę FV-4, by dotrzeć do Las Playitas, jednej z moich ulubionych niewielkich wiosek.

Teraz jedziemy jednak dalej na południe, gdzie za wioską Tarajalejo droga znów przybliża się do oceanu i biegnie wzdłuż wybrzeża. Zaczyna się Półwysep Jandia, z kilometrami pięknych plaż, z dwoma niewielkimi centrami turystycznymi: Costa Calma oraz Morro Jable.

Droga na południu wyspy ma jeszcze jedną niespodziankę dla kierowcy. Na jednym z odcinków przemienia się w krótką autostradę.

– Nareszcie! Korzystajmy – mawiała zawsze z radością Francuzka Marion i wciskała pedał gazu, gdy trafiała na tę mini trasę szybkiego ruchu z widokiem na ocean.

I tak trafiamy do Morro Jable, skąd odpływają promy na Gran Canarię i gdzie tuż za miasteczkiem kończy się asfalt. Dalej na południe biegnie wyłącznie szutrowa droga. Ale to już inna historia.

Wideo z kanału Enrico Barghini.


4 thoughts on “Fuerteventura. Trasa z północy na południe

  1. Zawsze zadaję sobie pytanie: Czy mieszkając w tak pięknych miejscach przyzwyczaiłabym się i znudziła codziennym krajobrazem? Czy wręcz przeciwnie, zachwycała się na nowo każdego dnia 😉

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *