Etapy emigracji po kanaryjsku

Etapy emigracji po kanaryjsku

Wymyśliły to i opisały mądre głowy. Psychologiczne, zajmujące się zaglądaniem ludziom do mózgów i sprawdzaniem co tam się dzieje. To ponoć powszechne i uniwersalne – przechodzenie przez etapy emigracji. Teoria ta dotyczy zachowań, uczuć i wrażeń każdego z emigrantów, wyjazd do obcego kraju ma się układać w cztery fazy: przygotowanie, ekscytacja, załamanie, stabilizacja. Jak to wygląda w praktyce na Wyspach Kanaryjskich?

1. Przygotowanie
W teorii:
W tej fazie ponoć, jeszcze będąc w Polsce, rozglądamy się za mieszkaniem w nowym kraju, sprawdzamy oferty pracy, uczymy języka, studiujemy z mapą topografię miejsca.
W praktyce:
Przygotowanie? Jakie przygotowanie? Decyzja podjęta w pięć minut, walizki gotowe w dwa tygodnie. Zero znajomości języka. Jedyne co można by podciągnąć pod przygotowanie to fakt, że kostium kąpielowy spakowany i ahoj przygodo. Zabezpieczenie finansowe? Oszczędności? Spuśćmy na te pytania wstydliwą zasłonę milczenia. Uczcie swoje dzieci, żeby były bardziej praktyczne i rozsądne.

Choć i tak trzeba przyznać, że wykazałam się jednak pewną roztropnością, rezygnując z wyjazdu do Egiptu (a taki był pierwotnie zamysł), gdy pan, u którego miałam pracować w hotelu, oznajmił, że na dzień dobry zabierze mi paszport. Egipt jednak nie wypalił.

No, nie kręćcie tak głową z dezaprobatą. To naprawdę nie jest żadna hardkorowa historia. Istnieją emigranci o wiele bardziej szaleni.

2. Ekscytacja.

Jest. Naprawdę jest, przychodzi. Jak w namiętnym romansie, wielkiej miłości od pierwszego wejrzenia. Pojawia się zaraz po wychyleniu stopy z samolotu. Szał, że hej!

Boże, jak tu pięknie. Jak cudnie. Och! Ach! Och! To słońce tak świeci i świeci. Wrzesień, październik, listopad, gorąco i gorąco, można się opalać. Krótkie gatki nosić. Plaża. I palmy. Tam w Polsce szaro, buro, zimno, leje, a tu słońce pieści skórę. Te palmy, jakie piękne. Te domy, jakie pobielane. Te chodniczki, jakie pozamiatane. Wszystko, pięknie, czyściutko, idealnie. Krewetki pyszne i kozi ser. Ludzie zawsze uśmiechnięci, radośni, do pomocy chętni, a w Polsce smutek i depresja, i żałość wielka.

3. Załamanie.

Też przychodzi. Niechybnie. Witamina D intensywnie wytwarzana w tym klimacie, nawet ona nie pomaga. Depresja idzie wielka, ciężka i – cholera jasna – słoneczna.

Boże, jaka nuda. Znowu pięknie. O nie! To słońce świeci i świeci, znowu napie…., kiedy wreszcie będzie pochmurno? Wiecznie gorąco, oszaleć można, jak ja tęsknię za chłodem. Plaża? Znowu? Ja chcę do lasu? Gdzie te moje brzozy? Tam w Polsce listopad taki piękny, mgliście, obłoki suną po niebie, deszcz nawadnia glebę, a tu znowu słońce pali skórę i mózg. Same palmy, kasztany nie kwitną przed maturą, wierzb płaczących nie ma. Domy paskudne, wszędzie brudno. Krzywo, zakurzone, sucho, beznadziejnie. Znowu te cholerne owoce morza, ja chcę żurek! I ogórki kiszone. Ludzie fałszywi, wiecznie uśmiechnięci jakby problemów nie mieli. Nie ma sobie z kim na wszystko ponarzekać, a to taka przyjemność przecież. A tam w Polsce przytulnie, uroczo, pod kocykiem i gorąca czekolada.

4. Stabilizacja

Piękny, piękny jest ten polski listopad, no ale tak na miesiąc, bo w lutym to się już trochę za długo ten chłodek ciągnie. A gdyby tak zostać bogatym rentierem i móc spędzać pół roku tu, i pół roku tam? A w międzyczasie na Hawaje.

Przepraszam, a co to ta stabilizacja? I do czego służy?


Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *