Don’t worry. Be happy.

Don’t worry. Be happy.

Zaplątałam się ostatnio na wąskich uliczkach w jednej z wiosek na Fuerteventurze. Stromo pod górę tak, że na dwójce trzeba wyjeżdżać, pełno zakrętów, wąsko, ciasno, wzdłuż drogi domy, a przed nimi zaparkowane samochody. Prawo jazdy mam od niedawna, jeżdżę krótko, więc kolejny stromy zakręt, za którym nie wiadomo co się czai, wzbudził we mnie uzasadniony niepokój. Zatrzymałam się, myśląc co tu zrobić, czy zjechać w lewo i tam się może da zaparkować, czy jechać w prawo pod tę górę. Byle by tylko nie zrobiło się jeszcze ciaśniej, bo już sobie nie poradzę.

Patrzę, idzie sobie jakiś koleś. Cudownie, jest kogo zapytać. Okazało się, że pod górę w prawo nie warto jechać, bo wyląduję na czyimś podwórku, a w lewo też nie, bo tak zaparkowali, że szpilki nie wciśniesz. Postanowiłam więc wycofywać, bo zawrócić nie było jak. Koleżanka, z którą jechałam, wystawiła głowę za okno, a z drugiej strony szedł ten koleś i oboje instruowali mnie: dobra, ok, teraz trochę w prawo, no powoli, wykręcaj. Gdy wykonywałam te wszystkie manewry, z góry nadjechał samochód. Kierowca musiał się zatrzymać, bo zatarasowałam drogę. O ho! – pomyślałam – teraz to się zacznie. Będzie trąbił, pukał się w czoło, krzyczał, kto mi dał prawo jazdy i zwyzywa mnie od blondynek, kretynek oraz bab za kierownicą.

Tymczasem ten kierowca zatrzymał się i najzwyczajniej w świecie czekał. I wcale nie trąbił, nie darł się wniebogłosy, nawet brwi nie zmarszczył. Co więcej, skinął mi przyjaźnie ręką. A napotkany koleś zaangażował się by mi pomóc i nie odszedł dopóki nie zjechałam w dół, i nie zawróciłam bezpiecznie. Zapytał tylko czemu ja tak niepewnie kręcę, powiedziałam mu, że dopiero się uczę jeździć. I nic. Żadnego ironicznego komentarza, żadnej złośliwości. Ludzie na Wyspach Kanaryjskich, nieważne jakiej narodowości, są wobec siebie tak uprzejmi, że Polakowi trudno się w tym połapać. I zadaje sobie pytanie: no jak tu żyć?

A przecież można się było przyzwyczaić już od pierwszych dni pobytu. Kiedy na Lanzarote wsiadłam do autobusu by dojechać do stolicy wyspy, nie miałam zielonego pojęcia, gdzie wysiąść. Zapytałam jedną kobietę, a ta nie tylko mi wytłumaczyła, ale jeszcze zawołała do kierowcy, żeby mnie tam i tam wysadził. Razem mi objaśniali, później ktoś tam się jeszcze dołączył. Pół autobusu pilnowało, żebym wysiadła w odpowiednim miejscu. Przejęli się tak mocno, żebym się nie pogubiła. Piorunujące.

Ludzie nie tylko są uprzejmi, ale do tego jeszcze pogodni. Uśmiechają się na co dzień i zupełnie nie wiadomo dlaczego, są w dobrych humorach. Choć kryzys skopał ich mocno po tyłkach, mają swoje codzienne sprawy i problemy, to generalnie mają dobry humor. I kiedy wstaniesz rano lewą nogą i cztery osoby pod rząd powiedzą ci, że wszystko fajnie, to w końcu im uwierzysz. Życie wśród uśmiechniętych, pogodnych ludzi zmienia się niesamowicie, nawet jeśli nie wygrywasz w totka, a modelka z twoich snów ma cię gdzieś. A kiedy wpadniesz na chwilę do Polski, wydaje ci się, że popełniłeś jakieś straszliwe grzechy i wysłali cię za karę do krainy smutasów.

 


4 thoughts on “Don’t worry. Be happy.

  1. Świetny blog. Właśnie się zastanawiam nad wyjazdem na Kanary, ale nie wiem jak tam z pracą i czy nie jest to zbyt ryzykowne posunięcie 😀

  2. Cześć:-) Fajnie piszesz, czytam od kilku dni i sporo się dowiedziałem, o ubawie nawet nie wspomnę 🙂
    Masz dużo ciekawych spostrzeżeń, dzięki, maz nowego fana 🙂 🙂
    Za każdym razem jak wracam z wakacji w Hiszpani i do Polski to mam postanowienie, żeby ‘załatwić‘ wszystkich uśmiechem. Nie jest łatwo ale sie nie poddaję, byle do wiosny i kolejnych wakacji 🙂 🙂 🙂

    1. Dziękuję 🙂
      A o postanowieniu by po zagranicznych podróżach po powrocie do Polski się dużo uśmiechać, to już z kilkoma osobami gadałam. I rzeczywiście nie jest to najłatwiejsze zadanie 😉

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *