Czterech kapitanów

Czterech kapitanów

Było ich czterech. Jak muszkieterów. Przeprawiali się codziennie przez ocean, a konkretnie przez cieśninę La Bocaina pomiędzy Lanzarote a Fuerteventurą. Na morzu wzburzonym, pełnym groźnych fal albo spokojnym, płaskim jak stół. No chyba że akurat morze było wyjątkowo wzburzone, przede wszystkim zimą, wtedy nie wypływali z portu, bo to nie były warunki dla takich małych łodzi i katamaranów. Przepłynęłam z nimi przez jedno lato, z Lanzarote na Fuertę, tam i z powrotem, pracując jako przewodnik wycieczek. I te czterdzieści minut spędzone na pokładzie, podczas przeprawy w jedną stronę, za każdym razem zapadały w pamięć.

Wszyscy byli i są wciąż cudowni. Przede wszystkim Najprzystojniejszy Kapitan. Facet tuż po czterdziestce, łysiejący, ale to tylko dodawało mu uroku. I do tego jeszcze silny jak wół. Pochodzi z kraju Basków, dokładnie z San Sebastian. Tam już od dziecka oswoił się z morzem. Jedyne, z czym nie mógł się oswoić, to tamtejszy klimat, w kraju Basków jest niemal tak zimno jak w Polsce. Kapitan, po długich latach żeglowania po świecie, wybrał więc Lanzarote jako swoją życiową przystań. Można tu bowiem cały rok nawigować w cieple.

Najprzystojniejszy Kapitan usposobienie ma nadzwyczaj filozoficzne. I jest wyjątkowo wrażliwy na piękno przyrody. Codziennie zachwycał się oceanem, jakby go po raz pierwszy widział i twierdził, że to się nigdy nie nudzi, że po prostu niemożliwe, żeby to się znudziło. Wypatrywał zawsze delfinów i żółwi morskich. Na pytanie, jaki mamy dzisiaj dzień, odpowiadał, że ten, który się już nigdy nie powtórzy. Gdy chciałam wiedzieć, jaki akurat jest ocean, spokojny czy prądy morskie dają się we znaki, mówił z szelmowskim uśmiechem, że ocean jest dziś mokry. Dla mnie będzie to też już na zawsze mężczyzna, który pozwolił mi na chwilę przejąć stery i – oczywiście pod nadzorem – prowadzić łódź na Atlantyku!

W końcu porzucił żeglowanie przez La Bocainę i wrócił na swoje dawne szlaki, czyli kursowanie między Karaibami a Balearami. Czasem coś z tamtych Karaibów napisze, chyba mu tam dobrze.

Najwyższy Kapitan również pochodzi z kraju Basków i z Najprzystojniejszym przyjaźnili się od lat. Stateczny ojciec rodziny, dwójki dzieci, teraz może już trójki albo czwórki, nie wiem, potrafił się wygłupiać zupełnie niestatecznie. Jak wtedy, gdy na jednej z imprez, przystroiliśmy sobie włosy białymi kwiatami, notabene z urodzinowego bukietu, bo i impreza urodzinowa, i z tymi kwiatami robiliśmy sobie zdjęcia. Trzeba było widzieć tego chłopa prawie dwa metry, przystrojonego jak syrena morska.

Strasznie się raz wkurzył, gdy mu wyznałam, że jeszcze nigdy nie widziałam latających ryb.

– Co? Jak to? Przecież pływasz tu od kilku miesięcy! – stwierdził i kazał mi wpatrywać się w taflę oceanu, bo to przecież niemożliwe. Staliśmy tak oboje w kapitańskiej kabinie, gapiąc się na wodę i gapiąc. No i w końcu się udało. To jedna, to druga wyskakiwały nagle nad powierzchnię, machając płetwami niczym skrzydłami i leciały tak dość długo. Gdy będziecie płynąć przez La Bocainę koniecznie ich wypatrujcie.

Najstarszy Kapitan to jest gość. Już nie pracuje, poszedł na emeryturę. Niezwykle szczęśliwy, że już nie musi się z załogą, turystami i falami użerać, ma wreszcie czas, by robić to co kocha. Na przykład malować, a tworzy naprawdę piękne dzieła. Spotkałam go kiedyś na nadmorskim deptaku w Playa Blanca na Lanzarote po tym, jak już oboje przestaliśmy pracować na łodziach, jechał sobie na rowerze tym deptakiem, wyglądał jak okaz szczęścia. Jeśli emerytura tak wpływa na człowieka, to ja już chcę na emeryturę.

Z pracy pamiętam, że zawsze gdy akurat nudziło mi się chwilkę, zaglądałam do niego do kabiny, żeby trochę pogadać. To na całym archipelagu najbardziej oczytana osoba. Opowiadał mi o Hiszpanii z czasów dyktatury Franco, dyskutowaliśmy o roli Kościoła w czasach reżimu, znał co nieco polską historię, podziwiał Wałęsę, okrągły stół. I opowiadał anegdoty o Einsteinie i Marylin Monroe. Czasem się denerwował, brakowało mu cierpliwości, wtedy zwiewałam na tył łodzi. Krzyczał na chłopaków z załogi tym swoim chropowatym głosem, świadkiem zbyt dużej liczby wypalonych papierosów.

Gdy zaczynałam pracę z wycieczkami, Najmłodszy Kapitan, Kanaryjczyk jak się patrzy, był jeszcze marynarzem. Z czasem awansował, niezmiernie dumny i szczęśliwy, że będzie wykonywał zawód przekazywany z dziada pradziada, wszyscy mężczyźni w jego rodzinie byli związani z morzem. Najmłodszy Kapitan miał dziewczynę, także Kanaryjkę, w której był zakochany miłością romantyczną i szczerą.

– Wiesz, ile dziewczyn, brytyjskich turystek nas zaprasza na drinka albo na dyskotekę – opowiadał mi kiedyś, gdy na łodzi zacumowanej nieopodal plaży, chłopcy z załogi skakali do oceanu i pływali jak ryby. – Ale mnie to nie obchodzi – tłumaczył i opowiadał o swojej dziewczynie. Ta miłość nie przetrwała jednak chyba próby czasu, bo na sieciach społecznościowych widuję teraz Najmłodszego bez tej dziewczyny, za to w towarzystwie blondynek wyglądających na turystki. Zresztą, Najmłodszy jest chyba wciąż jeszcze za młody do żeniaczki.

Tak to nam pewne lato upłynęło na oceanie, u brzegów Wysp Kanaryjskich. Różnych rzeczy o życiu można się było od Kapitanów nauczyć. Jak wiązać supły na żeglarskich linach, jak szybo i sprawnie przytroczyć do brzegu cumujący statek, jak odczytywać te wszystkie różne morskie przyrządy. I że morze – w języku hiszpańskim – jest dla marynarzy kobietą, w sensie gramatycznym, jest bowiem rodzaju żeńskiego i mówią o nim la mar. Ale już takie szczury lądowe jak ja nie mają prawa nazywać go żeńskim imieniem, dla nas to jest gramatyczny facet, czyli el mar. I właściwie to ja się o to kłócić nie będę, całkiem mi się to nawet podoba. Jak dla mnie, morze może zostać mężczyzną.

na-statku

Czasem można było nawet złapać za ster


7 thoughts on “Czterech kapitanów

  1. Dziś się trochę będę czepiał, ale to dlatego, że lubię Twoje teksty.
    cytaty:
    “… ilości papierosów.” wg byłego fizyka, raczej liczby
    “… jak szybo i sprawnie przytroczyć na brzegu …”
    pzdr

    1. Ależ bardzo dobrze, czepiaj się! Bardzo cenię sobie merytoryczne, słuszne uwagi. Co do papierosów to masz rację, za dużo tu filozofowałam. Wyobraziłam sobie niezliczoną mnogość tych wypalonych przez kapitana papierosów i stwierdziłam, że to jednak niepoliczalne będzie. Tak, tak mój błąd, już poprawiam.
      Co do przytraczania, to zawsze jest coś do czegoś, ale jakoś tak źle mi brzmiało przytroczyć do brzegu. Hm, przemyślę to jeszcze.
      Dziękuję za uwagi 🙂

        1. przytroczyć – przywiązać za pomocą rzemieni, pasów, sznurów itp.
          przycumować – przymocować statek cumami do brzegu lub do innego statku

          “jak szybo i sprawnie przytroczyć do brzegu cumujący statek”
          Szkopuł w tym, że jest różnica między przytroczeniem a cumowaniem. Ja jako pomocnik bynajmniej nie mogłam zacumować, jedynie pomagałam kapitanowi i marynarzom w tym manewrze. Podczas gdy oni cumowali, ja jedynie mogłam przywiązać jedną z cum do brzegu. I tyle. Nie mogę więc pisać, że nauczyli mnie “jak szybko i sprawnie przycumować statek”. Diabeł tkwi w szczegółach 🙂

  2. Fajny tekst. Jestem tuż po wizycie na Lanzarote, gdzie siedzac w knajpce przy Papagayo obserwowałem te promy kursujące na Fuertę. Bardzo mi się to komponuje.

    1. Dziękuję. To następnym razem musisz się wybrać w rejs 🙂 Gwoli ścisłości, tekst dotyczy tych mniejszych łodzi, na które nie zmieści się auto. Na dużych promach nie miałam okazji pracować. Jak na razie

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *