Ciężkie życie cepra

Ciężkie życie cepra

Tylko się nie daj zrobić na cepra – ostrzegał mnie jeden z redaktorów zakopiańskiego oddziału Gazety Krakowskiej, dla której pracowałam w niemalże zamierzchłych czasach. Ci z Krakowa wysyłali mnie czasem do Zakopanego. A ci z Zakopanego tłumaczyli, że dać się zrobić na cepra to zapłacić dziesięć złotych za busa, gdy przejazd kosztuje dwa pięćdziesiąt. W tych zamierzchłych czasach wsiadłam więc do busa, zapytałam, ile to będzie i kierowca odrzekł, że pięć złotych. Zapłaciłam, myśląc, że ok, dałam się naciągnąć, ale tylko trochę, nie aż tyle.

– Co??? Pięć złotych??? – oburzał się redaktor. – A przecież mówiłem! – usłyszałam.

Podróżując sobie od czasu to tu, to tam i mieszkając za granicami naszego pięknego kraju, człowiek może się nauczyć bardzo ważnej życiowej lekcji. Otóż robienie na cepra jest powszechne i odbywa się pod każdą szerokością geograficzną. I tak mamy szczęście, że jesteśmy z Europy, bo wiadomo, że ci, którzy najbardziej chcą nas wysiudać, znaleźli już zatrudnienie w bankach i firmach telekomunikacyjnych. A cała reszta to jednak cienkie bolki w porównaniu z dajmy na to taką północną częścią Afryki. Ta duma, której doświadczyliśmy, gdy udało się nam w Maroku stargować cenę o pięć procent i ta konsternacja, gdy uczynni Anglicy wytłumaczyli nam, że i tak przepłaciliśmy jakieś czterysta procent.

Ostatnio na cepra próbowali nas zrobić Kanaryjczycy. Poszliśmy na piwo do jednej z nowych knajp przy ulicy Olof Palme w Las Palmas. Knajpa przyciąga wzrok, kiedy się obok niej przechodzi. Świetnie urządzona, z pięknym wystrojem, jedno z takich miejsc, które wygląda tak dobrze, że masz ochotę tam zasiąść. Pewnego pięknego styczniowego wieczoru zasiedliśmy więc w kawiarnianym ogródku, żeby napić się piwa. Przyszła pani kelnerka, jak to w takich sytuacjach zazwyczaj bywa i poprosiliśmy o kartę, mówiąc, że chcielibyśmy się co nieco napić.

– Ale karty nie mamy – odparła pani. – To znaczy jest menu, ale z jedzeniem, menu z napojami nie ma.

– To skąd ja mam wiedzieć, ile będzie kosztować coś, czego chciałbym się napić? – spytał Kanaroniemiec.

– Ja panu wyjaśnię wszystkie ceny. Co pan chce wiedzieć, proszę pytać – odparła.

Kanaroniemiec nie byłby jednak sobą – a żeby nie być sobą, musiałby porzucić tę niemiecką część swojej natury i musiałby jeszcze zapomnieć, że prawo studiował – gdyby nie zaczął pani tłumaczyć, że każda knajpa i bar ma obowiązek posiadania listy cen. Skoro więc nie mógł nie być sobą i stać się kimś innym, kto mógłby machnąć ręką, to on ręką nie machnął, tylko zaczął pani tłumaczyć i listy cen się domagać. Na co pani kelnerka rozpoczęła długą litanię wyjaśnień, że to przecież od niej nie zależy, bo to sprawa jej szefa, że to pierwszy taki biznes, który jej szef prowadzi, że pierwszy raz jej się zdarza, żeby klienci byli tacy nieufni i że ona wszystkie ceny opowie. Albo, jeśli myślimy, że nas oszuka, recytując ceny, zaprasza do kasy, tam ma w komputerze wpisane, to pokaże co i jak.

W tym momencie nasza kanaryjska część natury wzięła górę i postanowiliśmy machnąć ręką, uwierzyć pani na słowo i piwo zamówić. Ile kosztuje duże piwo?

– Ale można tylko jedno duże piwo zamówić – odrzekła pani zupełnie na serio.

– Jak to? – zdębieliśmy.

– No tylko jedno. Bo mamy tylko jedno duże piwo. Mogę podać jedno duże i jedno małe.

– W całej restauracji macie tylko jeden duży kufel? spytałam.

– Tak – odrzekła pani kelnerka i nic nie wskazywało na to, żeby to miał być żart.

Zamówiliśmy więc jedno piwo małe i jedno duże, i zanim przyszło zamówienie, pojawił się pewien pan. Ten pan powiedział, że jest właścicielem, że mu kelnerka przekazała nasze wątpliwości co do braku karty i że to dziwne, żeby klienci nie mieli zaufania, i że on wie, iż karta być powinna, no ale restauracja działa od czterech miesięcy i to krótko, i on jeszcze nie miał czasu tego menu spisać i wydrukować. Ale spisze i wydrukuje. Jak bum cyk cyk.

Pan pogadał i sobie poszedł, przyszła inna pani, która powiedziała, że dużego piwa nie ma, jest tylko małe. A jej koleżanka, ta co nas obsługiwała wcześniej, nam źle powiedziała, bo ta koleżanka jest… i tu pani wywróciła teatralnie oczami, wykrzywiła twarz, jakby ją bolał ząb, nie mówiąc przy tym, co ta koleżanka jest. Pani więc informuje, że jest tylko małe piwo, ale jakby dwa rodzaje i jedno ma trzysta trzydzieści mililitrów.

No dobrze. To poprosiliśmy o dwa małe piwa. Pani je przyniosła, nawet trochę orzeszków dorzuciła i już z radością miałam trochę tego piwa wychylić, kiedy Kanaroniemiec dostrzegł (chwała tej niemieckiej części jego natury), że jeden kufel jest minimalnie większy do drugiego. I zapytał, a czemu tak.

– No przecież mówiłam – obruszyła się pani, że jest małe piwo trzysta trzydzieści mililitrów i małe piwo dwieście coś tam mililitrów.

– Jak to? – spytałam już mocno skołowana. – To macie takie mniejsze małe piwo i większe małe piwo?

– Tak – odrzekła pani i nic nie wskazywało na to, żeby to miał być żart.

– A ile kosztuje to większe małe piwo? – spytał Kanaroniemiec. – Pani koleżanka mówiła, że małe piwo jest po euro siedemdziesiąt.

– To mniejsze małe jest po euro siedemdziesiąt, większe małe jest po trzy euro – odparła.

Wiecie co, my nie jesteśmy królowa angielska ani Brad Pitt i tyle nie zarabiamy, żeby pić małe piwo po trzy euro. Gdyby to jeszcze było na szczycie złotego wieżowca z widokiem na ocean z Kanarów prosto na Karaiby i pół galaktyki, to może jeszcze. Odesłaliśmy pani to piwo z powrotem, znosząc jej obrażoną minę, dąsy i fochy. W tym momencie moja kanaryjska część natury ustąpiła tej polskiej, wkurzonej i wietrzącej spisek.

– Ty tu jeszcze nic nie jedz, ani nie pij, zobaczymy, jak się sytuacja rozwinie – powiedziałam do Kanaroniemca, który już sięgał ręką po orzeszki.

Pani, obrażona niczym zła siostra z Kopciuszka, przyniosła nam drugie małe mniejsze piwo. Przyszedł pan właściciel i znowu zaczęła się półgodzinne gadanie o tym, że nie miał czasu karty przygotować i że o co właściwie nam chodzi.

I tu już nie zdzierżyłam. Wstałam i mówię do Kanaroniemca, chodź idziemy, ja nie jestem Sherlock Holmes, żeby przez pół nocy śledzić ceny.

Już mnie w górach w Polsce w busie naciągnęli. Już w Maroku przepłacałam. Kanaryjczykom to ja się nie dam.


2 thoughts on “Ciężkie życie cepra

  1. O matko boska 🙂

    Chyba już trochę wsiąkłam… w kanaryjski klimat bo nawet się nie zdziwiłam, że takie rzeczy są możliwe 😀

    Piękne małe małe i małe duże piwo jak normalnie nie mogę 😀

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *