Canarias no se vende. Kanary nie są na sprzedaż.

Canarias no se vende. Kanary nie są na sprzedaż.

Siadam przed komputerem i nie wiem. Trzeba zrobić porządny opis wszystkich wysp, napisać historię o dziecku, które wpadło do klozetu (spokojnie, tak naprawdę nie wpadło), naszkicować jak wygląda życie w Costa Teguise, wrócić do tej historii z karierą w animacji, bo ciągle jeszcze tej historii wam nie dokończyłam. I za co tu się najpierw zabrać? Za dużo się dzieje, za dużo życia w życiu. Nie ogarniam.

Ale ostatnio wydarzyło się coś, co sprawia, że wszystkie historie usuwają się na dalszy plan, że wszystko inne nieco blaknie i płowieje. Wyspy Kanaryjskie się zbuntowały, protestują. Rząd hiszpański wydał zgodę na wydobywanie ropy naftowej u wybrzeży archipelagu, około 60 kilometrów od kanaryjskich brzegów. Koncern Repsol ma zielone światło by zacząć wiercić. Niby nic, przecież wszyscy mamy samochody, które nie są napędzane wodą morską. Dlaczego właśnie się buntujemy?

Wyspy Kanaryjskie żyją z turystyki. Trudno uwierzyć, że ktoś będzie chciał przyjechać na rajskie wakacje w pobliżu platform wiertniczych. Poważnie ucierpi gospodarka wysp, na których mieszka 2 mln 75 tys. ludzi. No dobrze, powiecie, przecież wydobywanie ropy to przecież żyła złota, na tym się będzie zarabiać pieniądze. Tak, ale kto je zarobi? Właściciele koncernu, rząd hiszpański i zatrudnieni na platformach. Wąska grupa ludzi wzbogaci się szybko i gwałtownie, mieszkańcy wysp zubożeją.

Na północ od Lanzarote znajduje się ściśle chroniony rezerwat przyrody morskiej, największy w Hiszpanii. Na przykład maleńka wysepka Montaña Clara to strefa ochronna dla ptactwa morskiego. Tymczasem rząd hiszpański zgadza się by dosłownie rzut beretem, 10 kilometrów od obszarów chronionych Repsol wiercił w dnie morskim na głębokość 5 tys. metrów. To tak jakby budować elektrownię atomową w Poroninie. Pamiętacie polskie pomysły by przeprowadzić autostradę przez dolinę Rospudy?

Wyspy położone najbliżej planowanych odwiertów to Fuerteventura i Lanzarote. Nie ma na nich żadnych źródeł słodkiej wody. Sto procent zapotrzebowania na wodę pitną dostarczana jest z oceanu dzięki odsalarniom wody morskiej. W przypadku awarii platform i wycieku ropy do oceanu odsalarnie trzeba będzie wyłączyć. Według symulacji zagrożeń, w przypadku awarii plama ropy dotrze do brzegów Fuerteventury w ciągu 48 godzin, a na Lanzarote w ciągu trzech dni. Tyle że symulację przygotowano, zakładając wydobycie na poziomie trzech tysięcy baryłek dziennie. Tymczasem Repsol chciałby wydobywać od 140 tys. do 150 tys. baryłek dziennie. Mieszkańcy Lanzarote i Fuerteventury oraz turyści zostaną bez wody na wyspach, na których deszcz pada kilkanaście razy w roku. Ani Repsol, ani rząd hiszpański nie ma żadnego planu awaryjnego na wypadek gdyby doszło do skażenia wody. Do Hiszpanii na Półwysep Iberyjski jest ponad tysiąc pięćset kilometrów przez ocean. Pobliskie, położone ponad sto kilometrów Maroko też będzie się zmagać z plamą ropy. Nikt nie wie, jak miałaby wyglądać ewakuacja mieszkańców i turystów.

W sobotę 7 czerwca na wszystkich wyspach odbyły się protesty. Przyszło tysiące ludzi. Problem jednak polega na tym, że z perspektywy położonej na Półwyspie Iberyjskim Hiszpanii problem wysp wydaje się odległy i peryferyjny. A to właśnie w Madrycie zapadają decyzje dotyczące przyszłości wysp. Kanaryjczyków jest też za mało, by podczas wyborów w Hiszpanii ich głos stanowił o czyjejś wygranej lub porażce. Walka toczy się oczywiście o pieniądze. Kanaryjczycy uważają jednak, że ich wyspy nie są na sprzedaż.


Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *